Okiem Agaty: filmowe fascynacje - Billy Eliot (Billy Elliot, 2000)

1/31/2016


Zapraszam na kolejny odcinek filmowych fascynacji.
Dzisiaj możecie przeczytać recenzje dramatu obyczajowego „Billy Elliot” z główną rolą brytyjskiego aktora Jamiego Bella. Miłego czytania!

Billy Eliot (Billy Elliot, 2000)
Któż z nas nie kocha tańca? Ja – i owszem. Zdarza mi się podrygiwać podczas wykonywania prostych, codziennych czynności, takich jak zmywanie naczyń czy zamiatanie podłogi. Niemniej, moje upodobanie do poruszania się w rytm muzyki nie zagnało mnie nigdy dalej niż na przyspieszony kurs tańca klasycznego czy na dyskotekowy parkiet. Chyba nie odstaję przy tym bardzo od średniej krajowej. Nie dziwi mnie jednakże wielkie zainteresowanie, jakie budzą osoby wybijające się ponad przeciętność, ci, którzy z determinacją i pasją dążyli, aby z tańca, czy innej gałęzi sztuki, uczynić sens życia oraz stałe źródło utrzymania i wbrew przeciwnościom losu osiągnęli sukces.

Na takim oto schemacie opiera się fabuła filmu „Billy Elliot” w reżyserii Stephena Daldry. Otrzymujemy opowieść osadzoną w realiach angielskiej górniczej prowincji połowy lat 80-tych o losach jedenastoletniego chłopca, który na przekór oczekiwaniom rodziny i wbrew utartym schematom, zupełnie niespodziewanie zaczyna interesować się tańcem klasycznym i zdradzać zadatki na baletmistrza. Główny bohater, Billy (Jamie Bell), jest pół sierotą, nie znajduje dla swoich pasji zrozumienia ani u despotycznego ojca (Gary Lewis) ani u starszego brata z syndromem macho (Jamie Draven), a jednak nie poddaje się i robi wszystko, aby po prostu tańczyć. Nie interesuje go ani boks, ani piłka nożna, ani rugby. Na szczęście na swojej drodze spotyka niespełnioną primabalerinę, panią Wilkinson (Julie Walters), która dostrzegłszy jego talent przeistoczy się w zdeterminowaną mentorkę. W rezultacie przed chłopcem otworzą się drzwi nie tylko do lokalnej szkółki tańca klasycznego, ale również na przesłuchanie do Królewskiej Akademii Tańca…  I chyba każdy, kto wie, że fabuła inspirowana jest częściowo historią tancerza Philipa Mosleya, gwiazdy londyńskiego Royal Ballet, jest w stanie domyślić się szczęśliwego zakończenia tej opowieści.
 „Billy Elliot” to film z bardzo pozytywnym przesłaniem. Tak wiele można się nauczyć, śledząc losy jednego, małego chłopca: że czasem trzeba dobrze wsłuchać się w dziecko, aby dostrzec w nim talent, że warto postępować wbrew schematom, aby dostrzeżonego talentu nie zmarnować, że niekiedy odmienność j jest atutem, a nie powodem do wstydu… Ukazanie tego wszystkiego na ekranie nie byłoby możliwe, gdyby nie zaangażowanie bardzo zdolnego, młodego tancerza, Jamiego Bella, do roli Billy’ego. Twórcy sporo musieli się napracować, aby z tłumu 2000 kandydatów wyłuskać kogoś w stosownym wieku, z predyspozycjami aktorskimi, z odpowiedniej części Anglii i do tego z umiejętnościami tanecznymi. Wysiłek się opłacił, rola została doceniona (m.in. nagrodą BAFTA dla najlepszego aktora pierwszoplanowego), a sam Bell wyrósł na utalentowanego aktora, znanego szerszej publiczności choćby z roli Asaela Bielskiego w filmie „Opór”. Przy czym ten film to nie tylko znakomita rola pierwszego planu. To także wybitny zestaw kreacji drugoplanowych (fenomenalna Julie Walters) i wiarygodnie przedstawione tło historyczne (thatcheryzm w rozkwicie). Nie zapominajmy także o ścieżce dźwiękowej. Fani starego, dobrego rocka będą zachwyceni. Taki klasyk jak fragment „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego przewija się przez film jedynie epizodycznie. Pełno w nim natomiast utworów T. Rex. Trafi się także The Clash czy Eagle Eye Cherry.
Cóż mogę dodać. Film ma już przeszło 15 lat, a ja nadal uwielbiam do niego wracać. Kocham scenę, w której Billy tanecznym krokiem pędzi przez miasto. W wywiadzie prasowym Philip Mosley opowiadał, że jako dziecko robił dokładnie to samo. Gdy widzę, jak jakieś dziecko niczym Mick Jagger i David Bowie w słynnym videoklipie z 1985 r. tańczy na ulicy, nie potrafię się nie uśmiechnąć, a w duchu zadaję sobie takie małe pytanie: dokąd zajdzie taka mała istotka? Może na deski Teatru Wielkiego, albo jeszcze dalej?
źródło zdj: forgetthebox, empireonline

autorka recenzji: Agata

You Might Also Like

0 komentarze