Okiem Agaty: filmowe fascynacje - "Kingsman: Tajne służby" (Kingsman: The Secret Service, 2014)

2/08/2016


Z małym opóźnieniem, ale jest kolejna recenzja filmowych fascynacji autorstwa Agaty.

Dzisiaj możecie przeczytać recenzje brytyjskiego filmu szpiegowskiego „Kingsman: Tajne służby” w reżyserii Matthew Vaughna na podstawie komiksu „Tajne służby” stworzonego przez duet Dave Gibbons i Mark Millar.

Kingsman: Tajne służby (Kingsman: The Secret Service, 2014)
W gąszczu filmów szpiegowskich oraz pastiszów tego gatunku natrafiłam na perełkę wartą polecenia. Jest nią komedia kryminalna „Kingsman: Tajne służby”: dowcipna opowieść w tonie właściwej Brytyjczykom autoironii, utkana ze znanych klisz, ze znakomitymi kreacjami aktorskimi i sporym budżetem na gadżety i efekty specjalne . Gdy dodamy, że to ekranizacja komiksu Marka Millara w reżyserii  Matthew Vaughna, twórcy takich przebojów kinowych jak „Kick-Ass” i „X-Men: Pierwsza klasa”, wiadomo, że taki film ma prawo się podobać i to nie tylko nastoletniej publiczności.

Colin Firth, Samuel L. Jackson, Michael Caine – już sama obsada robi wrażenie. Dalej jest już tylko lepiej. Film stylistyką nawiązuje do dawnych Bondów z Rogerem Moorem oraz kultowej serii „Rewolwer i melonik”, ale serwuje ją w nieco przerysowanym wydaniu. Tu w scenach walki nie obowiązują zwyczajne prawa fizyki. Jest zaś miejsce dla szybkostrzelnych parasolek, kuloodpornych garniturów i granatów wyglądających jak zapalniczki. Czarny bohater jest rzeczywiście… czarny. Towarzysząca mu piękność jest ostra jak brzytwa – dosłownie, gdyż zamiast stóp ma protezy, w których kryją się śmiercionośne ostrza. W Brytyjskich szpiegów-dżentelmenów wcielają się aktorzy, którzy w swoim portfolio mają role żołnierzy, szpiegów i arystokratów, a głównego bohatera, młodocianego cwaniaczka z podrzędnej dzielnicy Londynu gra aktor kojarzony co najwyżej z serialową rolą strażaka. Cała ta konfiguracja już sama w sobie jest autoironiczna i znakomicie koresponduje z nieco schematyczną fabułą. Oto w stolicy Wielkiej Brytanii, pod płaszczykiem ekskluzywnego salonu krawieckiego, iw kilku innych, równie sekretnych lokalizacjach, mieści się tajna, pozarządowa organizacja wywiadowcza - Kingsman, której celem jest obrona ludzkości przed zagrażającymi jej psychopatycznymi szaleńcami, pragnącymi przejąć kontrolę nad światem. Agenci noszą pseudonimy rodem z legendy o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Głową organizacji jest sędziwy Artur (Michael Cane). Specowi od komputerów na imię Merlin (Mark Strong).  Jednym z bardziej doświadczonych agentów jest Harry Hart alias Galahad (Colin Firth), człowiek o nienagannych manierach, zawsze w doskonale skrojonym garniturze. To jemu przyjdzie znaleźć i wyszkolić kandydata na następcę  Lancelota (Jack Davenport), który zginął w trakcie samozwańczej misji uratowania Profesora Arnolda (Mark Hamill) z rąk miliardera-psychopaty Valentine’a (Samuel L. Jackson) i jego szablonogiej towarzyszki Gazelle (Sofia Boutella). Uczniem Galahada staje się osierocony syn jego dawnego towarzysza broni, nieco nieokrzesany uliczny cwaniaczek Gary "Eggsy" Unwin (Taron Egerton). To jemu przypadnie w udziale udowodnienie, że nie tylko pieniądze i wysokie urodzenie stanowią wartość człowieka.

W tym filmie urzekło mnie najbardziej to, że mnie zaskoczył. Po serii niezbyt smacznych komedii szpiegowskich spod znaku Jonnego Englisha, Austina Powersa czy „szklanką po łapkach” z Leslie Nielsenem wreszcie doczekałam się czegoś na miarę „Prawdziwych kłamstw” z Arnoldem Schwarzeneggerem. Zasiadłam do oglądania go bez przypadek i już po pierwszej scenie wiedziałam, że to idealny wybór na chłodny, zimowy wieczór.

Polecam i fanom Bonda i miłośniczkom Pana Darcy’ego.
źródło zdj: variety, netflixmovies, flickr

autorka recenzji: Agata

You Might Also Like

0 komentarze