Osobisty smak kina: Okiem Filmoholika (odc.5)

7/13/2017


Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu "Osobisty smak kina", w którym udział biorą miłośnicy kina, a zarazem autorzy ciekawych blogów, które warto śledzić.

Dzisiaj dawka smaku od Konrada Zdziechowicza autora bloga Okiem Filmoholika Mam nadzieję, że któraś z pozycji polecanych przez Konrada Was szczególnie zaciekawi.

Film, po którego seansie od razu wiedziałem, że na jednej wizycie w kinie się nie skończy. Edgar Wright stworzył nie tylko dynamicznego i spektakularnego akcyjniaka co się zowie, ale i stylistyczno-techniczny majstersztyk, w którym obraz, montaż i muzyka stanowią jedność. Jeśli lubicie niezobowiązującą rozrywkę w czystej postaci, to „Baby Driver” powinno być absolutnym must see na waszej filmowej wantliście.

Ten południowokoreański horror prezentuje pewien rodzaj filmów, do których od zawsze mam słabość. Niekonwencjonalny gatunkowo, zawiły fabularnie, intrygujący w warstwie interpretacyjnej i ogólnie kompletnie dziwaczny i nieoczywisty. Jest tu wszystko co powinien mieć dobry „straszak”, a dzięki inteligentnym odwołaniom politycznym, społecznym i kulturowym, które umieszcza w filmie koreański reżyser, „Lament” zostaje w głowie jeszcze długo po seansie, jednocześnie stanowiąc dla niego spore wyzwanie.

Przepiękna animacja poklatkowa nie tylko – co chyba oczywiste z racji na sposób realizacji - w warstwie wizualnej, ale i fabularnej. Przyznam, że po filmie płakałem jak dziecko i to nie tylko za pierwszym razem, ale i każdym kolejnym. „Kubo i dwie struny” opowiada o poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi, swoich korzeni i o prawdziwym znaczeniu słowa ‘rodzina’. Co jest najmocniejszą stroną animacji studia Laika, to fakt, że potrafi on trafić zarówno w umysł dziecka, jak i dorosłego już widza.

Animacja zrealizowana przy pomocy legendarnego studia Ghibli, która bez użycia nawet jednej linijki dialogu, stanowi doskonałą metafizyczną opowieść o przemijaniu, prawdziwej miłości, samotności i życiu w symbiozie z przyrodą. Warto, bo to naprawdę wyjątkowa produkcja.

Estoński kandydat do Oscara z 2015 roku, który, mimo iż oglądałem go już parę ładnych lat temu, do tej pory siedzi mi w głowie w sposób, jaki ciężko wyjaśnić. Akcja filmu Zazy Urushadze rozgrywa się w 1992 roku, w ogarniętej wojną domową Abchazji. Do chaty ceniącego nade wszystko święty spokój hodowcy mandarynek, trafia ranny Czeczen oraz walczący po drugiej stronie barykady Gruzin. Poprzez tę niecodzienną sytuację, „Mandarynki” ukazują ludzką naturę i absurdy wojny.

Film którego nie powstydziliby się ani Martin Scorsese, ani Quentin Tarantino. Reżyser „High Rise”, Ben Wheatley, akcje „Free Fire” umieścił w opuszczonym magazynie, gdzie przez ponad półtorej godziny obserwujemy strzelaninę i potyczki słowne między dwiema grupami przestępczymi. Brzmi dość monotonnie, ale za sprawą ciekawych bohaterów granych przez znakomitych aktorów (Cillian Murphy, Brie Larson, Sharlto Copley czy Sam Riley), ogląda się to z nieustającym bananem na twarzy. Dodajmy do tego stylistykę retro, autentycznie śmieszne comic reliefy i gangsterskie zacięcie, a otrzymamy pełnokrwiste męskie kino, którego wstyd nie obejrzeć.

„Legion” Noaha Hawley’a (serialowe „Fargo”), jest tak pokręcony, tak pogmatwany i przerażająco dziwny, że aż piękny. W recenzji na blogu napisałem, że gdyby Wes Anderson, Stanley Kubrick i David Lynch nakręciliby razem serial superbohaterski, to z pewnością wyglądałby on tak jak „Legion”. Podtrzymuje. Mistrzostwo świata i okolic.


Odwiedź blog gościa

You Might Also Like

0 komentarze