Dusza i ciało (2017) - Czy warto wierzyć w sny?

marca 21, 2018


Jeśli ktoś oglądał „Lobstera” i „Zabicie świetego jelenia”, to ten film utrzymany został właśnie w takich klimatach . Ale jest bardziej kameralny.

Marta Łozowska obejrzała „Duszę i ciało” - jeden z nominowanych ostatnio do Oskara filmów nieanglojęzycznych i zaprasza do przeczytania swojej recenzji.

Bohaterów tej opowieści poznajemy w momencie, gdy zawierają oni znajomość. Nie wiemy o nich nic, prócz tego, gdzie pracują i że on jest jej przełożonym. A różni ich wiele – mężczyzna jest doświadczony, sporo starszy i kontaktowy, umie postępować z ludźmi. Ona jest trochę nieobyta, wycofana i pedantyczna. W wyniku splotu różnych okoliczności dowiadujemy się jednak, że łączy ich jedna, dość niecodzienna rzecz, a właściwie zjawisko – sen, ich fantazja jest bowiem tożsama, o czym dowiadują się przypadkiem. Ten zbieg okoliczności determinuje późniejsze wypadki, ale sposób w jaki się to dzieje, bywa zaskakujący.

Ponieważ film zrobiła kobieta - Ildikó Enyedi, skupiła się na relacji. Zbudowała zatem bardzo intymny film. Początkowo wydaje się smutny, utrzymany w nieco skandynawskim chłodnym stylu, ale okazuje się zaskakująco optymistyczny i czuły. I to jest siłą tego obrazu – nie mrozi, mimo bardzo wielu – świadomie wykorzystanych zabiegów, ale powolutku się i nas, rozgrzewa.

Bo mamy las i chłodny strumień, nad którym spotykają się on i ona, ale jako zwierzęta – płoche jelenie (i to jest właśnie wspólne marzenie senne naszych bohaterów). Mamy też klimat rzeźni – bo właśnie tam umiejscawia swoją historię reżyserka. Mamy w końcu nieprzyjaznych współpracowników, którzy nie zadają sobie trudu, by pomóc nowej osobie (naszej głównej bohaterce) zintegrować się i odnaleźć w zespole. Mamy wreszcie samotność ludzi, którzy zasypiają zamknięci w swoich czterech ścianach. I węgierski – język dość hermetyczny, fonetycznie niepodobny do choćby angielskiego, którym porozumiewa się zachodni świat.

Jednak główna bohaterka, zamknięta dotychczas przez autystyczną chorobę, odsłania się, podejmuje wysiłek dostosowania i wyjścia ze swojego enigmatycznego dotychczas świata, otwarcia na człowieka. Staje się nam przez to bliska, kibicujemy jej, chętnie doświadczamy razem z nią. Bardzo wymowną staje się scena, w której głaszcze ona krowę, która niedługo pójdzie na ubój. 

Są też w tym filmie elementy humorystyczne, ale - co warto podkreślić -  bardzo subtelne. Nie ma w nich bowiem cynizmu - prowokują zaledwie do uśmiechu, ocieplają rzeczywistość. Jest więc np. biuściasta pani psycholog czy nieco onieśmielony terapeuta, który prowadzi Marię, są także sprzedawcy w sklepie muzycznym, zniecierpliwieni, gdy przychodzi godzina zamknięcia, a nasza niezdecydowana bohaterka w najlepsze przesłuchuje kolejne płyty. Kontakt z każdą z tych osób uwypukla osobność naszych bohaterów, ale i pomaga zrobić im mały krok naprzód.

Daję temu filmowi 8/10 gwiazdek. Nie każdemu może bowiem odpowiadać sposób budowania w nim napięcia. Ale warto dać mu szansę - bo ten niepozorny obraz, kryje w sobie wiele znaczeń, które odkrywamy jeszcze po jego zakończeniu. Nie ma w nim nachalnej gwałtowności i fajerwerków, jest powolne, niespieszne tempo i przemiana, dojrzewanie naszej pary, który to proces, mimo szorstkiego otoczenia w jakim żyją, przyjemnie się ogląda. A reżyserce udało się uniknąć romansowej tkliwości i rozrzewnienia.


autorka: Marta Łozowska

You Might Also Like

0 komentarze

Flickr Images