Siedem najlepszych skandynawskich seriali

7/05/2014


W panującej obecnie modzie na seriale największy udział mają oczywiście Amerykanie i Brytyjczycy. Ich produkcje zdobywają popularność na całym świecie dzięki temu, że realizacja stoi na niezwykle wysokim poziomie, a i językowi angielskiemu stosunkowo łatwo się w dzisiejszym świecie rozprzestrzeniać. Ostatnie lata to jednak wyraźna ofensywa produkcji ze Skandynawii charakteryzujących się znakomitą, mroczną atmosferą, która przyciąga ludzi na całym świecie. 

Oto siedem najciekawszych seriali ze Skandynawii z ostatnich lat (w kolejności chronologicznej).





Teraz, kiedy seriale z Danii zaczęły podbijać świat, wszyscy uważniej zaczęli przyglądać się temu, co kręcono przez ostatnią dekadę w okolicach Kopenhagi. Tak właśnie swoje drugie życie rozpoczął "Rejseholdet" - na świecie znane jako "Unit One". Produkcja publicznego nadawcy DR1  to duńska wariacja na temat amerykańskich "Agentów NCIS" i "CSI". Mamy tu zespół stróżów prawa, który co odcinek rozwiązuje inną sprawę. Tytułowa elitarna jednostka jeździ po całym kraju i pomaga lokalnej policji w rozpracowywaniu morderców, porywaczy czy innych przestępców. "Rejseholdet" serca widzów podbiło realistycznym oddaniem trudów pracy tych służb, a także dobrze zarysowanym tłem społecznym i politycznym. W zdobyciu popularności nie przeszkadzał również grający jedną z głównych ról Mads Mikkelsen.
Zwiastun



Brytyjczycy mają "Sherlocka", a Szwedzi "Wallandera". Właściwie na Wyspach mają obu detektywów, bo swoją wersję stworzył też w roku 2008 Kenneth Branagh, ale to chyba jednak wcześniejsza o trzy lata adaptacja zostanie zapamiętana na dłużej. Krister Henriksson jako tytułowy Kurt Wallander musi zmierzyć się nie tylko z kryminalistami, ale też wewnętrznymi demonami. Chory na cukrzycę policjant z pozoru wydaje się być zupełnie nieinteresującym głównym bohaterem. Gburowaty oraz aspołeczny Wallander najchętniej odciąłby się od całego świata i wyczekiwał śmierci na pustkowiu. To Sherlock Holmes w wydaniu skandynawskim - również genialny i błyskotliwy, ale też nielubiący przechwalać się swoimi zdolnościami, dostosowujący swój humor do ponurej pogody w szwedzkim Ystad. Nakręcony z filmowym rozmachem serial (niektóre odcinki były dystrybuowane w kinach!) może zaskoczyć nawet największych fanów Henninga Mankella, bo tylko niewielka część scenariuszy bazuje na jego powieściach. W Polsce emitowany był na ale kino+.
Zwiastun



Sprawca całego zamieszania wokół skandynawskich seriali i produkcja, która przeniosła na mały ekran wszystko to, za co pokochaliśmy tamtejsze książkowe kryminały. Tu liczy się nie tylko śledztwo, ale przede wszystkim bohaterowie. Każda postać, choć niewątpliwie fikcyjna, zdaje się być człowiekiem z krwi i kości. W "The Killing" nie chodzi tylko i wyłącznie o śledztwo oraz pracę detektywów - równie istotna jest rodzina ofiar. To właśnie jej historia emocjonuje najbardziej i każe trzymać kciuki za schwytanie mordercy. Całe dochodzenie pokazywane jest nam bardzo skrupulatnie, dzień po dniu śledzimy działania policji i wszystkie poszlaki, jakimi podążają. Tytułu serialu można zaś używać synonimicznie z takimi określeniami jak "zwrot akcji" czy "fałszywy trop". Każdy sezon to inne śledztwo, jednak z tą samą mroczną, gęstą i - przede wszystkim - intrygującą atmosferą Kopenhagi. W ale kino+ właśnie zaczyna się trzecia seria.
Zwiastun



Duńczycy z zachwytem podglądali amerykańskiego "Prezydenckiego pokera" i spróbowali przenieść ducha wydarzeń z Białego Domu do Christiansborgu. Nie mając na pokładzie Aarona Sorkina, scenarzyści starali się imitować jego styl, dlatego bohaterowie mówią nadzwyczaj szybko (początkowo mieli to robić jeszcze sprawniej, ale po duńsku ponoć nie brzmiało to tak wiarygodnie jak po angielsku) i mają tendencję do wygłaszania wielkich, idealistycznych przemówień (tu do Sorkina również brakuje, bo jest on po prostu w tym względzie niepowtarzalny). Inspiracje są wyraźne, choć w żadnym wypadku nie można tu mówić o remake'u - cała sytuacja polityczna i wszyscy bohaterowie zostali wymyśleni na potrzeby duńskiej produkcji. Wszystko jednak doskonale współgra z rzeczywistością, bo każda serialowa partia ma swój odpowiednik w postaci naprawdę istniejącego zgrupowania. "Rząd" to przykład, że w Skandynawii mogą powstać nie tylko seriale kryminalne. Trzeci sezon serialu zawita do ale kino+ już niebawem.
Zwiastun



Jak "Rejseholdet" nawiązywało do "Agentów NCIS" i "CSI", tak inspiracji dla "Zabójców" można by szukać w "Zabójczych umysłach". Co dwa odcinki specjalna jednostka policji w Kopenhadze mierzy się z nowym seryjnym mordercą. Jego tożsamość odkrywamy zwykle dość szybko, bo istotne jest tutaj zrozumienie motywacji i powodów, dla których decyduje się on zabijać. Można by łączyć serial duńskiej stacji TV2 jeszcze z "Hannibalem" i brytyjską "Żądzą krwi", ale całość znów wydaje się być wyjątkowa ze względu na uchwycenie skandynawskiej atmosfery. Mroźne ulice Danii ostatecznie okazały się być dla seryjnych morderców śmiertelne i serial zakończył swój żywot po jednej serii. Jest za to szansa, że lepiej poradzi sobie jego amerykański remake, który pod tytułem "Zabójczy instynkt" niedawno pojawił się na kanale A&E.
Zwiastun


Na moście łączącym Danię i Szwecję policja odnajduje ciało zamordowanej kobiety... a raczej, jak się okazuję chwilę później, połówki ciał dwóch różnych kobiet. Po jednej stronie granicy leży duńska prostytutka, po drugiej - szwedzka polityk. Rozpoczyna się śledztwo, w którym biorą udział służby obu zaangażowanych w sprawę krajów. To jeden z najciekawszych pomysłów na serial, jakie w ciągu ostatniej dekady widziała telewizja. Produkcja odniosła niesamowity sukces, o którym świadczą już dwa remaki: amerykańsko-meksykański i brytyjsko-francuski. Każdy z nich jest warty uwagi, choć oczywiście wciąż niedościgniony wydaje się być oryginał. Od pierwszych chwil urzeka on ponurym, nordyckim klimatem znanym z wcześniejszego "The Killing", a w końcówce zupełnie zaskakuje ujawnieniem tożsamości mordercy i finałowym pojedynkiem z nim. Niektórym marzy się polski remake we współpracy z Niemcami lub Ukrainą (oczywiście po tym, jak unormuje się tam już sytuacja polityczna). Jeśli to nie wypali, zawsze można ten koncept przerobić na sitcom i zrealizować go wspólnie z Czechami.
Zwiastun



"House of Cards", Netflix, "pierwszy" - te trzy słowa powtarzane są jak mantra w większości przekazów medialnych i w dyskusjach między zwykłymi użytkownikami sieci. Tymczasem zanim Kevin Spacey stał się ambasadorem serwisów VOD całego świata, a Frank Underwood wkroczył do korytarzy Białego Domu, nowe życie w Norwegii zaczynał pewien nowojorski gangster. "Lilyhammer" ze wspomnianym "House of Cards" łączy zresztą nie tylko platforma, na której się pojawiły, ale też imię głównego bohatera (oraz fakt, że w obu pierwszych odcinkach tych seriali ginie pies). Frank Tagliano grany przez Stevena Van Zandta został objęty programem ochrony świadków po tym, jak zdecydował wydać paru swoich kolegów. Pomimo całkowitej zmiany otoczenia Frank pozostaje wciąż tym samym człowiekiem - nie boi się przemocy, wymuszeń czy szantażu. W efekcie w każdym odcinku poznajemy kolejne etapy narodzin pierwszej prawdziwej norweskiej mafii.
Zwiastun


You Might Also Like

0 komentarze