Okiem Agaty: filmowe fascynacje - Olimpiada (Olympia, 1938)

1/10/2016


Zapraszam do przeczytania kolejnej recenzji autorstwa Agaty.

W dzisiejszej odsłonie filmowych fascynacji dokument w reżyserii Leni Riefenstahl „Olimpiada”. Miłego czytania!

Olimpiada (Olympia, 1938)
Miniony tydzień obfitował w wiele wydarzeń sportowych. Nic więc dziwnego, że gdy zastanawiałam się nad doborem tematu obecnej recenzji, moje myśli same pobiegły do czarno-białego peanu na cześć ludzkiego ciała czyli dokumentu „Olympia” z 1938 r. w reżyserii Leni Riefenstahl, opowiadającego o Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie w 1936 r. Obraz ów znany jest nad Wisłą pod tytułem „Olimpiada”.

Po wspomniane wyżej dzieło Leni Riefenstahl  sięgnęłam jako dorosła, dojrzała osoba, świadoma jego propagandowych obciążeń i historycznych inklinacji. Oto Adolf Hitler postanowił zawłaszczyć dla swoich celów igrzyska olimpijskie, przydać im symboliki i magii, a misję przekazania owej wizji szerszej publiczności powierzył swojej nadwornej reżyserce, autorce niezapomnianego „Tryumfu woli”. Do tego zrobił to w białych rękawiczkach, gdyż ostatecznie to Międzynarodowy Komitet Olimpijski zlecić miał rzekomo Riefenstahl zadanie uwiecznienia igrzysk. A za wzorowe się z niego wywiązanie przyznał jej następnie złoty medal. Cóż, jako widz wrażliwy na przekaz wizualny muszę przyznać, że zasłużenie. Obraz wciąga i jednocześnie zaskakuje, zarówno sposobem prezentacji treści, jak i samym ich doborem. Gwoli ścisłości warto przypomnieć, iż film składa się z dwóch części: „Olympia 1. Teil – Fest der Völker” (Święto Narodów) i „Olympia 2. Teil – Fest der Schönheit” (Święto Piękna). Łącznie obejrzenie całości zajmuje ponad trzy godziny. Jak na dokument sprzed ośmiu dekad wydaje się to sporo. Jednakże czas nań poświęcony trudno uznać za zmarnowany.




Już od pierwszej chwili, gdy wciska nas w fotel otwierający „Olympię” epilog, wiemy, że mamy do czynienia z arcydziełem, zarówno w zakresie narracyjnym, jak i technicznym. Autorka przyrównuje ciała współczesnych jej atletów do starożytnych rzeźb, w których zaklęty został ideał piękna. Bezpośrednio czerpie z kultury, sztuki, mitologii starożytnych Greków, aby przenieść się na współczesną jej arenę, gdzie bój toczą nie sportowcy tylko niejako sukcesorzy antycznych herosów. Z resztą związek między igrzyskami nowożytnymi i starożytnymi jest podkreślany na każdym kroku. Początkowo ukazywany jest wprost, już od sceny otwierającej. Widzimy w niej Ateński Akropol i zbliżenia na antyczne posągi, które ożywają pod czujnym okiem kamery. Dalej, wyraźnie obecny jest w znakomitej sekwencji zapalania znicza. W sposób może nieco bardziej zawoalowany widoczny jest także w sekwencjach prezentujących ceremonię otwarcia igrzysk. Czai się także w poszczególnych scenach ukazujących przebieg zawodów czy uroczyste dekoracje zwycięskich sportowców.



Według legendy, którą obrosła „Olympia”, reżyserka dysponowała nieograniczonym budżetem. Do produkcji filmu wykorzystać miano 400 km taśmy filmowej. Montaż dzieła zabrał autorce ponad dwa lata i skutkował powstaniem kilku wersji tego samego filmu (niemieckiej, francuskiej i angielskiej, różniących się między sobą nieznacznie w zakresie długości i kolejności poszczególnych scen). Nałogowy kinomaniak z łatwością dostrzeże, że zdjęcia „Olympii” mają doskonałą jakość techniczną. Warstwa wizualna zaskakuje nagromadzeniem nowoczesnych i nowatorskich technik: dynamiczne i estetyczne ujęcia, asynchroniczny montaż, kontrastowe oświetlenie (także pod światło), niebanalne ustawienie kamer. Część ujęć wykonano z powietrza, wykorzystując do tego sterowiec Zeppelin, inne, ze specjalnych wykopów ziemnych, pozwalających osiągnąć żabią perspektywę, nie mówiąc już o zastosowaniu ówczesnych nowinek technicznych, pozwalających na wykonanie zdjęć pod wodą.

O mrocznych czasach i fanatycznych ideologiach, któremu służył ten film oczywiście pamiętam. Jednocześnie potrafię go cenić. To, co mnie do dziś urzeka, to sposób ukazania zawodów. Niby do dziś realizatorzy sportowi czerpią pełnymi garściami z dorobku Riefenstahl. Niemniej, nikt nie robi już tego tak jak ona. Reżyserka nie pełni roli kronikarki tylko apologetki. Nie koncentruje się na zimnym relacjonowaniu kolejnych wyścigów, zmagań i bojów. Wybiera to, co jej się podoba pod względem estetycznym i wizualnym, a następnie zabiera nas w swój własny, nieco wyidealizowany świat. Wyniki, wygrani, przegrani – to tylko tło dla faktycznego bohatera filmu, którym jest harmonijnie ukształtowane ludzkie ciało. To ów element odróżnia dzisiejszy świat olimpijskich zmagań od tego, uwiecznionego w jej filmie. Sportowcy z dwudziestolecia międzywojennego wyglądają w nim nieco jak żywe wcielenia antycznych herosów. Jednocześnie nie ma w nich żadnej sztuczności. Wyglądają na normalnych ludzi, może nieco wybijających się ponad przeciętność. Całym swym jestestwem ucieleśniają motto olimpizmu „Szybciej, Wyżej, Mocniej”, sugerując swą postawą, że każdy z nas mógłby być jednym z nich, jeśli tylko bardzo by się postarał. Nie dysponują wyrafinowanym sprzętem, nie korzystają z kosmicznych technologii. Jeśli skok o tyczce – to z bambusowym kijem w dłoni. Jeśli skok wzwyż – to stylem nożycowym na zwyczajny piasek. Jeśli maraton – to do utraty tchu. Gdy przywdziewają laury i otrzymują medale, nie myśli się o tym, ilu ludzi pracowało na sukces pojedynczego zawodnika, o aferach dopingowych, o patologiach w sporcie. Tymczasem, gdy oglądam współczesne zawody coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie liczy się już człowiek i pokonywanie ograniczeń jego ciała tylko abstrakcyjny wynik i marketingowy sukces. Zawodnicy zaś coraz częściej wyglądają, jakby skrojeni zostali do wykonywania przez całe życie jednej czynności, jednej sekwencji ruchów, jednego ćwiczenia...



Stąd też chętnie wracam do „Olympii” jako peanu na cześć człowieka i humanizmu, do filmu o czasach, w których sport był tylko sportem. Wiem, że to iluzja, ale warto sobie czasem pomarzyć…
źródło zdj: imdb

autorka recenzji: Agata

You Might Also Like

1 komentarze

  1. Doskonała recenzja, bo i film niezwykły. Niesamowicie plastyczny. A że obarczony pewnym ideologicznym ciężarem? Cóż, wystarczy go zrzucić i zachwycić się treścią i formą, bo jedna lepsza od drugiej.

    OdpowiedzUsuń