Okiem Agaty: filmowe fascynacje - Mission: Impossible - Rogue Nation (Mission: Impossible - Rogue Nation, 2015)

5/10/2016


Zapraszam do przeczytania kolejnej recenzji z cyklu filmowe fascynacji.
Dzisiaj recenzja piątej odsłony „Mission: Impossible


Mission: Impossible - Rogue Nation (Mission: Impossible - Rogue Nation, 2015, reż. Christopher McQuarrie)
Chyba każda dziewczyna nosi w sercu obraz mężczyzny idealnego, jakiegoś aktora czy piosenkarza, do którego wzdycha się wieczorami. Koleżanka z miłości do Stevena Seagala zapisała się na aikido. W moim przypadku, z wczesnych lat szczenięcych wyniosłam sympatię do Toma Cruise’a i serii „Mission: Impossible”, którą kino raczy nas już od 20 (!) lat.

Po kolejną odsłonę przygód Ethana Hunta (Tom Cruise) sięgnęłam z kilku powodów: bo byłam zmęczona, bo była wolna sobota, bo potrzebowałam relaksu, bo akurat to leciało na sowicie przeze mnie opłacanym kanale telewizyjnym. Obejrzałam, i na prawdę się doskonale bawiłam. Wręcz pożałowałam, że nie zobaczyłam filmu wcześniej, na dużym ekranie. Efekty wizualne zapierają dech w piersiach, i to niekoniecznie z powodu wygenerowanych komputerowo efektów specjalnych.

Po przyzwoitym, nieco mrocznym „Spectre” i prześmiewczym „Kingsmanie” stwierdzam, że kino szpiegowskie pozostaje w jak najlepszej formie, a jego twórcom udaje się trafić w mój gust. Obecnie to „Mission: Impossible” wypełniać zaczęło niszę spod znaku filmu, w którym scenarzysta za nic ma prawa fizyki. Są tu sceny pościgów motocyklowych, dachowanie samochodu po wielokrotnym przekoziołkowaniu, ekstremalne nurkowanie, akrobatyczne sceny walki wręcz. Reżyserem i scenarzystą najnowszej odsłony przygód agenta IMF jest Christopher McQuarrie, twórca innych hitów z udziałem Cruise’a, takich jak „Walkiria”,  „Jack Reacher: Jednym strzałem”, czy „Na skraju jutra”. Widać, że panowie świetnie się dogadują na planie i potrafią swą współpracę przerobić na grube miliony zarobionych dolarów. Jednym z ich znaków rozpoznawczych jest postawienie w kinie akcji na grę aktorską i nieprzyćmiewanie jej efektami specjalnymi. Daje to bardzo interesujący efekt na ekranie

Do historii kina przejdzie scena otwierająca, w której Tom Cruise wzlatuje w przestworza uczepiony drwi Airbusa. Gdy ją oglądałam stwierdziłam, że wszystko wygląda niezwykle realistycznie jak na ujęcia kręcone w green screenie. Udało się oddać i oddziaływanie siły grawitacji i prądu powietrza… Jakież było moje zdziwienie, gdy zorientowałam się , że scena była kręcona w naturalnym plenerze, z autentycznym aktorem podczepionym do samolotu.

Cóż, Tom Cruise słynie z tego, że jest dla roli w stanie zrobić wiele. Jego ciało pięćdziesięciolatka wciąż może robić spore wrażenie na żeńskiej publiczności, gdyż dzięki katorżniczym treningom pozostało młodzieńcze i sprężyste. Jego niechęć do korzystania z pomocy kaskaderów jest legendarna i sprawia, że filmy z jego udziałem mają niepowtarzalny sznyt. Poza tym Tom w swoich filmach musi błyszczeć i nie może zostać przyćmiony przez żadną inną gwiazdę. Podobnie jest i w kolejnej odsłonie „Mission: Impossible”. Cruise’owi partneruje tutaj Rebecca Ferguson, znakomita szwedzka aktorka, do tej pory mało grywająca w Hollywood, a co za tym idzie – nie mająca statusu supergwiazdy. Rolę otrzymała bez castingu po tym, jak sam Cruise miał ją wypatrzeć w „Białej Królowej”. Ilsa Faust w jej wykonaniu to seksowna, zabójcza i przebiegła podwójna (potrójna?) agentka, która potrafi dotrzymać kroku głównemu bohaterowi, ale go nie przyćmiewa: na lądzie i w morzu, w Londynie i w Maroku. To chyba najlepiej skrojona i bezbłędnie zagrana rola żeńska w filmie szpiegowskim ostatnich lat. Scena, w której Ferguson zjeżdża po linie w ramionach głównego bohatera z dachu wiedeńskiej opery, odziana w jedwabną, satynową suknię koloru starego złota na długo zapadnie w mej pamięci. Bez tej postaci film wiele by stracił.

Inny mocny punkt to Simon Pegg jako Benji Dunn, informatyk w zespole IMF. Jego rola została nieco rozbudowana w stosunku do poprzedniej części. Dodaje ona całemu splotowi zdarzeń nieco humoru, a jednocześnie na pewnym etapie filmu staje się osią intrygi. Bo „Mission: Impossible – Rouge Nation” okazuje się być filmem o poczuciu misji i przyjaźni. To dwa najsilniejsze motywatory, popychające do działania główne

A tak w ogóle, o czym jest ten film? Agent IMF Ethan Hunt wraz ze swoim ludźmi mierzy się z wrogiem. Tym razem jest nim tajna organizacja terrorystyczna, złożona z byłych agentów najróżniejszych wywiadów, o mrocznej nazwie Syndykat. Brzmi znajomo? Tak: jest super agent, jego super team i jego super wróg. Niby wszystko to już było, a jednak dobrze się ogląda. Polecam.
źródło zdj: teguardian, paramount pictures

autorka recenzji: Agata

You Might Also Like

0 komentarze