Ciekawy przypadek Hannibala Lectera

5/03/2014


Hannibal Lecter od lat zawsze zajmuje czołowe miejsca na listach największych filmowych lub książkowych czarnych charakterów. To o tyle ciekawe, że jego postać pojawia się w zaledwie kilku scenach, zwykle gdzieś na trzecim planie.



Zanim przysłuchiwano się milczeniu owiec i błądzono po włoskich uliczkach, Thomas Harris opisywał psychopatę przyzywającego siłę Czerwonego Smoka. Thriller pt. "Red Dragon" trafił na półki księgarń w roku 1981, a stamtąd ledwie chwilę później na półki czytelników. Książka ta była już drugą powieścią autora, ale to jej właściwie zawdzięcza swoją karierę. W "Black Sunday" można odnaleźć styl późniejszych publikacji pisarza, ale nie pojawia się tam za to postać Hannibala Lectera, który od tej pory nawiedzał każde kolejne dzieło Harrisa. Słynny czarny charakter jednak wcale nie był głównym bohaterem. To miano należało do Willa Grahama, byłego agenta FBI, który powraca do służby czynnej, by pomóc w ujęciu seryjnego mordercy zwanego Zębową wróżką. Graham poszedł na wcześniejszą emeryturę w wyniku finalnych wydarzeń jego ostatniego śledztwa. W poszukiwaniu innego zbrodniarza pomagał mu wtedy doktor psychiatrii Hannibal Lecter, który przed laty operował jedną z ofiar. Lekarz doradzał agentowi w kolejnych sprawach, tworzył dla niego profile psychologiczne. W wyniku niespodziewanego dla całego biura śledczego zwrotu akcji, jednym z poszukiwanych przestępców okazał się być sam Lecter. Ostateczna konfrontacja Willa i Hannibala kosztowała agenta nie tylko zdrowie fizyczne (podczas próby aresztowania Graham został ciężko ranny), ale również zdrowie psychiczne. Gra, w jaką wciągnął go Lecter, odcisnęła na nim mocne piętno. Niemniej to wszystko to żaden spoiler, a jedynie tzw. backstory głównego bohatera.

Tak więc w "Czerwonym smoku" Will Graham prowadzi nowe śledztwo i znów o pomoc zwraca się do – siedzącego już za kratkami – Hannibala Lectera. Doktor na kartach książki pojawia się dość rzadko, od początku nie jest głównym antagonistą (podobnie zresztą jak w przypadku sequela). Za każdym razem, gdy autor udziela mu głosu, wydaje się być w swojej elegancji i nieprzeciętnej inteligencji iście przerażający.

W świetnie przyjmowanej przez krytyków i czytelników prozie Thomasa Harrisa, Hollywood znalazło dobry materiał na film. Pięć lat po premierze książki na ekrany kin trafił "Łowca" (w oryginale "Manhunter"), ale wzbudził raczej mieszane uczucia. Nie sposób zaliczyć film Michaela Manna do jednego cyklu wraz z późniejszymi adaptacjami powieści Harrisa. Obraz dość wiernie oddał fabułę książki (może poza finalną konfrontacją, którą nieco skrócono), ale zaprezentował zupełnie inny styl. Pierwowzór łączył w sobie elementy thrillera, kryminału i horroru. Wiedziony wskazówkami Hannibala Will Graham powoli rozwikływał zagadkę tożsamości seryjnego mordercy, podobnie jak w książce, często wnikając w umysł zbrodniarza i doskonale odgadując jego kolejne ruchy. Ta zdolność agenta FBI, choć niewątpliwie istotna, dostała wsparcie w postaci tzw. forensic science, czyli technologii wspomagającej śledztwo. Sceny w policyjnym laboratorium stały się inspiracją dla wielu seriali kryminalnych, w tym "CSI: Kryminalnych zagadek Las Vegas". Produkcja stacji CBS wydaje się czerpać z filmu Manna całymi garściami, bo tak naprawdę Willa Grahama w "Łowcy" w wykonaniu Williama Petersena można nazwać dwugodzinnym przesłuchaniem do serialu telewizyjnego, który później przyniósł aktorowi największą sławę. Michael Mann (zbyt) dużą uwagę poświęca warstwie wizualnej filmu. Co zaskakujące, w tym gatunkowym kryminale reżyser wielokrotnie korzysta z mise en scène. Starannie dobiera kolory i odcienie każdej ze scen, scenografię komponuje według stylu art-deco, zamiast ścian często stosuje luksfery, mające prawdopodobnie korespondować ze słabością do luster poszukiwanego mordercy. Pastelowe barwy i intensywne użycie muzyki nie dają zapomnieć, że jest to film z lat 80.

Właściwie nie wiadomo, dlaczego w "Łowcy" Hannibal jest Lecktorem, a nie Lecterem, ale dalsza historia adaptacji Thomasa Harrisa usprawiedliwiła tę rażącą nieprawidłowość. Bohater łączący kolejne książki amerykańskiego pisarza w filmie Michaela Manna jest zgoła inny od tego, co zaserwują nam w tej roli następni aktorzy go grający. Brian Cox ma w sobie coś niepokojącego, ale brakuje mu przede wszystkim charakterystycznej złowieszczej elegancji. Tę fascynującą i przerażającą zarazem cechę z kart książki na ekran doskonale przeniósł za to Anthony Hopkins.

W roku 1990 do kin trafia "Milczenie owiec", ekranizacja następnej powieści Thomasa Harrisa. Filmowcy, zdając sobie sprawę z minięcia zaledwie pięciu lat od "Łowcy", nie decydują się opowiedzieć tej samej historii, ale stawiają na jej kontynuację. Obraz Jonathana Demme’a staje się wielkim hitem i zyskuje uznanie zarówno widzów, jak i krytyków. To dość spory wyczyn, biorąc pod uwagę, że film jest właściwie sequelem nieudanego "Manhuntera". Ten sukces umożliwia kilka czynników. Po pierwsze, Thomas Harris w "Milczeniu owiec" opowiada bardzo podobną historię do tej z "Czerwonego smoka". W obu przypadkach mamy agenta FBI, który z pomocą Hannibala Lectera próbuje złapać innego seryjnego mordercę. Harris powiela cały schemat, zmieniając jedynie poszczególnych bohaterów. Ci jednak z szerszej perspektywy okazują się być jedynie detalami, co sprawia, że "Milczenie owiec" sprawdza się równie dobrze jako pierwszy etap historii, co jego poprzednik. Po drugie, Jonatham Demme zupełnie porzuca stylistykę przyjętą przez Michaela Manna, proponując zupełnie nową wizję świata z książek Harrisa. Modyfikuje sposób opowiadania historii, urealnia paletę barw i przy okazji zmienia całą obsadę.

Nienaganna kreacja Anthony’ego Hopkinsa jako Hannibala Lectera zyskała miano jednego z najlepszych czarnych charakterów w historii kina. Potrafiący ocenić charakter człowieka jednym spojrzeniem, doktor psychiatrii buduje niepokój każdym swoim słowem i spojrzeniem, choć właściwie przez cały film nie podnosi głosu i nie ucieka się do żadnych gwałtownych czynów (poza finałową ucieczką), zawsze zachowując stoicki spokój. Nie mamy jednak wątpliwości, że jest on szaleńcem zdolnym do wszystkiego. Nasze obawy potwierdza zresztą jedna ze scen, w której dowiadujemy się, że Lecter samymi słowami nakłonił jednego ze współwięźniów do samobójstwa.


Widmo Lectera ciąży nad całym filmem, nawet gdy poszczególne sceny mają miejsce daleko od zakładu psychiatrycznego w Baltimore. Na twarzy Clarice Starling, granej przez Jodie Foster, często maluje się grymas przerażenia i niepewności - dokładnie taki, jak podczas rozmów z doktorem Lecterem. Jego zło przenika każdą klatkę filmu. Nie przeszkadza w tym również fakt, że – jak wyliczono – w "Milczeniu owiec" pojawia się on na zaledwie 16 minut. To najkrótszy męski występ nagrodzony Oscarem. Szalenie jednak zapadający w pamięć.

"Milczenie owiec" jest trzecim (i póki co ostatnim) obrazem w historii, który zdobył nagrody Akademii Filmowej w pięciu najważniejszych kategoriach – najlepszy film, aktor, aktorka, scenariusz i reżyseria. To też ledwie drugi horror z tą najistotniejszą statuetką na koncie; w roku 1973 na to samo miano zasłużył sobie "Egzorcysta". Sukces dzieła Demme’a oczywiście spowodował także znaczny wzrost zainteresowania prozą Harrisa, który to pisarz przekuł w "Hannibala" kolejną powieść ze swojego cyklu o psychopatycznym mordercy.

"Hannibal" naturalnie cieszył się dużą popularnością, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że powstał nie z potrzeby autora, ale rynku. Wypalenie się Thomasa Harrisa udowodniło tylko "Hannibal Rising", do tej pory ostatni tom z serii o doktorze Lecterze. Jak napisał pewien filmowy bloger, pisarz miał pomysł właściwie tylko na jedną genialną książkę, a ostatecznie udało mu się z niego wysupłać dwie. Marnemu materiałowi źródłowemu nie pomogła nawet ręka wielkiego Ridleya Scotta, który zamachnął się na ekranizację "Hannibala". Z udziału w projekcie zrezygnował poprzedni reżyser, Jonathan Demme, a także Jodie Foster, odtwórczyni roli agentki Starling. W obrazie Scotta z 2001 roku pokazane zostaje polowanie na tytułowego bohatera, któremu udało się wydostać na wolność w finale "Milczenia owiec". O ile policyjny pościg za zbrodniarzem wydaje się ideą dość rozsądną i intrygującą, to w "Hannibalu" znów psychopatów mamy dwóch. Okazuje się bowiem, że doktora Lectera intensywnie poszukuje również jego dawna ofiara, Mason Verger. Staruszek cudem przeżył starcie z kanibalem i zapragnął zemsty. Kuriozalną fabułę uzupełniają zupełnie nietrafione lokalizacje, gdzie gęsty mrok z filmu Demme'a zostaje zastąpiony rozświetlonymi włoskimi zabytkami. Anthony Hopkins, choć wciąż przerażający, stoi bardzo blisko granicy z karykaturą. Brytyjskiemu aktorowi udaje się przynajmniej zachować twarz, czego nie można powiedzieć o Julianne Moore, której Clarice Starling w niczym nie przypomina agentki granej przez Jodie Foster. Niemniej trzeba powiedzieć otwarcie, że Moore stanęła przed zadaniem niemożliwym – Thomas Harris w "Hannibalu" jej nieodgadnione, interesujące relacje z Lecterem, zamienia w absurd. Na szczęście Ridley Scott niejednokrotnie interpretuje poszczególne sceny książki po swojemu oraz zupełnie zmienia zakończenie. Strach wyobrazić sobie postacie Hopkinsa i Moore trzymające się za ręce jak szczęśliwą, która w książce deklaruje sobie wzajemną miłość i wyjeżdża wspólnie do Argentyny.


Choć na "Hannibalu" recenzenci powiesili psy, producenci wciąż węszyli w morderczym psychopacie zyski. Jako że "Łowcę" trudno było zaliczyć do tego samego cyklu, co filmy Demme'a i Scotta, a jednocześnie w Hollywood rzecz jasna wszystko musi składać się na trylogię, postanowiono ponownie zekranizować "Czerwonego smoka", pierwszą powieść Thomasa Harrisa o Hannibalu Lecterze. Film Bretta Ratnera z 2002 roku opowiedział historię Willa Grahama już bez ekstrawaganckiego stylu wizualnego, znanego z produkcji Michaela Manna. Zgrabnie dopisał rozdział poprzedzający dwie wcześniejsze adaptacje. "Czerwonego smoka" ogląda się w napięciu przez cały czas trwania filmu, bo historia w nim zawarta jest chyba najdoskonalszym dziełem Thomasa Harrisa. Obraz Rattnera najbardziej ucierpiał na tym, że... nie był pierwszy. Na fali trwającej już kilkanaście lat popularności Hannibala Lectera, wszyscy zainteresowani zdążyli już przeczytać książki, a nawet sięgnąć po niszowego "Łowcę", który dzięki kasetom VHS przeżywał drugą młodość i zyskał status kultowego. Narracja w "Czerwonym smoku" prowadzona jest nienagannie, Anthony Hopkins jako doktor Lecter znów błyszczy złowrogim geniuszem, całkiem nieźle radzi sobie też reszta obsady, zawierająca znacznie więcej znanych nazwisk niż w przypadku "Manhuntera". Wszystko to jednak okazuje się być zbyt znane, zbyt przewidywalne, by porwać i oszołomić nas, jak niegdyś "Milczenie owiec".

Franczyza zdawała się dobiec końca - zwyczajnie nie było już czego ekranizować. Głód Dino De Laurentiisa wydawał się być wciąż niezaspokojony. Znany włoski producent filmowy kierował niemal całą sagą o Hannibalu Lecterze (nie pracował jedynie nad "Milczeniem owiec") i widział w tym bohaterze potencjał na kolejny film. Thomas Harris nie planował pisać żadnej kolejnej książki z tej serii, ale De Laurentiis był nieugięty - film miał powstać z udziałem pisarza lub bez niego. Zaszantażowany Harris, nie chcąc, by ktoś inny maczał palce w świecie Lectera, ugiął się i postanowił napisać prequel. W 2006 roku na półki sklepowe trafiła książka "Hannibal Rising" (w Polsce "Hannibal. Po drugiej stronie maski"), a ledwie rok później film o tym samym tytule. Pisarz po raz pierwszy był nie tylko autorem pierwowzoru, ale też obraz nakręcono według jego własnego scenariusza. Ten podwójny udział Harrisa w przedsięwzięciu zdaje się sprawił, że projekt kompletnie się nie udał. Podczas gdy w "Hannibalu" materiał źródłowy opracowywali inni filmowcy (usilnie próbując jak najwiarygodniej przedstawić opisany w nim wątpliwy przebieg zdarzeń), tak sam pisarz pociągnął na dno film na podstawie własnej – powiedzmy to uczciwie: najgorszej – powieści. Nieprzeniknione zło Lectera, znane z wcześniejszych książek i filmów, Harris obnaża w nader prymitywny sposób. Wszystko właściwie sprowadza do motywu zemsty, jakim kieruje się nastoletni Hannibal, gdy ucieka z litewskiego sierocińca. Nieco zbyt proste jak na jednego z największych antagonistów w historii kina i literatury.

Przystawiony do muru Thomas Harris zupełnie zapomniał o tym, co stanowiło o największej sile wykreowanego przez siebie psychopatycznego mordercy. Enigmatyczny doktor psychiatrii miał największą moc oddziaływania, gdy dana scena rozgrywała się bez jego udziału, gdy echa jego słów odbijały się w głowie bohaterów. Lecter, szczególnie ten z "Czerwonego smoka" i "Milczenia owiec", uosabiał przewagę starych horrorów (gdzie niewidoczne dla oczu zło czai się w mroku) nad nowszymi produkcjami z tego gatunku, zdominowanymi przez wygenerowane komputerowo potwory. Pomysł prequela i pokazania genezy Hannibala Lectera był więc skazany na porażkę już od zarania.


Do początków, choć nie tych dalekich z drugiej strony maski, sięgają teraz także twórcy nowego serialu pt. "Hannibal". W telewizyjnej produkcji nie odziera się Lectera ze swojej tajemniczości - wręcz przeciwnie. Choć to on jest tytułowym bohaterem, znacznie bardziej złożoną i wieloznaczną postacią jest Will Graham. Agent FBI w wykonaniu Hugh Dancy'ego przypomina tego nie do końca zrównoważonego Williama Petersena z "Łowcy". Od pierwszych scen zwraca się uwagę na unikalne zdolności Grahama, a także trudności, z jakimi ta postać się zmaga. Tutaj bliżej serialowi do koncepcji Manna z 1986 roku aniżeli do wizji Ratnera, mającej premierę siedemnaście lat później. Edward Norton, w "Czerwonym smoku" grający główną rolę, wydawał się przeciętnym agentem FBI, który wcale nie specjalizował się w łapaniu seryjnych zabójców.

Willa Grahama bliższego książkowemu pierwowzorowi zobaczyć możemy w amerykańskim serialu emitowanym w NBC. Bohater zajmuje się tam sprawą, która na łamach pierwszej powieści Thomasa Harrisa jest ledwie wspomniana – poszukiwaniem Garetta Jacoba Hobbsa, mężczyzny, który kilkukrotnie podciął gardło swojej córce. Bryan Fuller, twórca serialu, przestawia postać Hannibala Lectera nieco wcześniej niż w oryginale - tam doktor psychiatrii po raz pierwszy pomagał Grahamowi dopiero w śledztwie dotyczącym jego samego. W pierwszych odcinkach scenarzyści niewątpliwie próbują powiedzieć coś nowego i eksplorują strzępki informacji z "Czerwonego smoka". Czy po Hobbsie Graham zajmie się już sprawą Lectera, czy może zostaną wymyślone jakieś inne wątki na potrzeby serialu, które dokonają retardacji aż do finału sezonu? Kiedy prawdziwa strona Hannibala zostanie ujawniona? Na odpowiedzi na te pytania przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale podkreślany przez twórców plan na 13-odcinkowy sezon (a także kolejne o podobnej długości) może wskazywać, że "Hannibal" nie stanie się zwykłym serialem proceduralnym, jak choćby wspomniane już wcześniej "CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas".

Choć w produkcji Fullera nie brakuje drastycznych scen i krwi, scenarzyści skupiają się raczej na relacji łączącej doktora z agentem FBI. Co ciekawe, tytułowy Hannibal pojawia się jednak stosunkowo rzadko, a przynajmniej rzadziej niż jego partner. Lecter jest tu wycofany, spokojny i tajemniczy. Z delikatnym uśmiechem na ustach i zawsze w świetnie skrojonym garniturze, przypomina jakiegoś wysoko postawionego pracownika korporacji. Prawdziwy Hannibal XXI wieku. Mads Mikkelsen nie wzoruje się na kreacji Anthony'ego Hopkinsa, ale wciąż udaje mu się wzbudzić u widza niepokój. Ta powściągliwość w środkach zdaje się być zresztą największą zaletą jego gry. Jak pokazała historia - im mniej wiemy o Hannibalu Lecterze, tym bardziej nas on przeraża.



You Might Also Like

0 komentarze