Wywiady (odc.3)

5/15/2014


Po długiej przerwie kolejny odcinek wywiadów z gwiazdami kina, dzisiaj między innymi rozmowa z Matthew McConaughey, zdobywcą Oskara za wybitną rolę w filmie "Witaj w klubie. Zapraszam do czytania.





Matthew McConaughey


Czy to "Take Shelter" zachęciło cię do pracy z Jeffem Nicholsem?
Najpierw przeczytałem scenariusz "Uciekiniera", który okazał się być nadzwyczaj poetycki już od samego początku. Potem rzeczywiście obejrzałem "Take Shelter", co dało mi pewien ogląd na to, jak Jeff pracuje, bo on ten film napisał i wyreżyserował. Jest indywidualistą, wszystko ma pod kontrolą. Następnie spotkałem się z nim w sprawie zagrania w "Uciekinierze" i tego, jaką ma wizję filmu. Praca z Jeffem to sama przyjemność.

"Uciekinier" jest nieco arthouse'owy, filmy tego typu rywalizują np. o Złotą Palmę. To nowy kierunek w pańskiej karierze?
Nie wiem, chyba tak. Pierwszy raz robię coś takiego.

Celowo?
Tak, to był świadomy wybór. Chciałem coś zmienić, zrobić coś zupełnie innego niż zwykle. Ostatnio odmówiłem udziału w wielu różnych projektach, na które 10 lat temu jeszcze bym się zgodził. Szukałem nowego wyzwania, intrygujących bohaterów, czegoś, co by sprawiło, że pomyślę "tego jeszcze nie widziałem" albo "ta postać żyje na krawędzi". Mud, główny bohater "Uciekiniera", jest fantastyczny. Uwielbiam język, jakim się posługuję. Jeff stworzył w jego przypadku coś zupełnie unikalnego. Bardzo podoba mi się jego przesądność i bezwarunkowa miłość do swojej partnerki, Juniper. To marzyciel trzymający głowę w chmurach. O takich bohaterach nie tylko ciekawie się rozmawia, ale też świetnie się ich gra.

Zagrał pan ostatnio w kilku niezależnych produkcjach.
Ostatnie sześć, które zrobiłem, to wszystko filmy niezależne. Zagrałem w "Zabójczym Joe" Williama Friedkina i "Magic Mike" Stevena Soderbergha. Co jednak dzisiaj znaczy "niezależny"? Jasne, te filmy były zrobione za mniej niż 10 milionów dolarów. Tyle że coś takiego, jak "Pokusa" czy "Uciekinier", niekoniecznie wygląda na produkcje niezależne. To nie są przecież filmy eksperymentalne. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości wciąż będę dostawał interesujące role i pracował z reżyserami, z którymi zrobiłem filmy w ostatnim roku. Jeśli będzie przychodzić na te produkcje więcej ludzi niż teraz, to oczywiście nawet lepiej. Pomimo tego, że te filmy są "niezależne", naprawdę warto je zobaczyć.

"Uciekinier" opowiada o rytuale przejścia. Miał pan taki swój?
Wiele. Miałem rytuały związane ze sprawami sercowymi na przykład. Zresztą każdy chyba pamięta swoje pierwsze złamane serce i to, jak to na człowieka wpływa. Każdy pamięta, jak wyglądało ich życie, kiedy po raz pierwszy się zakochali, jak ich stopy unosiły się ponad ziemię. W moim przypadku trwało to długie miesiące i nie chciałem znów dotknąć powierzchni. To najlepszy narkotyk na świecie. Kolejny rytuał przejścia przeżyłem, kiedy miałem 18 lat i wyjechałem do Australii na rok w ramach wymiany studenckiej. Wiele rzeczy się wtedy w moim życiu wydarzyło. Ostatni rytuał przeżyłem całkiem niedawno, kiedy stałem się ojcem i oświadczyłem się kobiecie, którą kocham. Sam fakt chęci zrobienia tego, odnalezienia tej jedynej i powiedzenia "chcę z tobą spędzić resztę mojego życia" jest sporym rytuałem przejścia.

Było klękanie na jedno kolano?
Zrobiłem wszystkie wymagane romantyczne rzeczy i powiedziała "tak" (śmiech).

W "Uciekinierze" Mud nie ma tak łatwo. Jest zakochany do szaleństwa w Juniper, ale nie mogą być razem.
Jego sytuacja przypomina mi końcówkę "Adaptacji", gdzie Nicholas Cage pyta swojego brata: "Pamiętasz tę dziewczynę z liceum, w której byłeś zakochany? Wiedziałeś, że naśmiewała się z ciebie?". On odpowiada: "Moja miłość nie zależała od tego, czy ona odwzajemniała uczucie". Mud też ma mniej więcej coś takiego. Bezwarunkowo kocha swoją kobietę, co czyni z niego lojalnego labradora. Można kopnąć psa tysiąc razy, a on i tak wróci pewien, że nie chciało się tego zrobić. W takiej sytuacji jest Mud. To uczucie podtrzymuje go przy życiu, ale nie ma w nim nic pragmatycznego. Pod tym względem bohater jest jeszcze bardzo niedojrzały.

Ma pan też coś z tej dziecinnej niewinności?
Miłość Muda jest niewinna, czysta i taka młoda. On wdepnął w kupę już tyle razy, że zaczął myśleć, iż to szczęśliwy znak (śmiech). Ja nie bujam aż tak wysoko w obłokach. Mam oczywiście jakieś marzenie, ale jestem dużo bardziej pragmatyczny. Nie jestem też tak niewinny jak Mud. Choć z drugiej strony chyba niewiele osób jest. On wciąż ma osiem lat, to jest w nim piękne.

To pana ulubiona postać, w którą się pan wcielił?
Bardzo lubię Muda. Uwielbiam jego język, to, co sobą reprezentuje, jak opiekuje się Ellisem. Patrzy na świat z czystą miłością, nawet jeśli jego doświadczenia takiej wizji świata nie podtrzymują. On zaraża Ellisa swoją iskierką nadziei w tym, mogłoby się wydawać bardzo nieciekawym, świecie. Można by pomyśleć, że Mud "powinien wiedzieć, jak jest". To intrygujące, że taka osobna nie zna zła. Mud upadł już tyle razy, że porażka stała się dla niego dobrym omenem i po prostu nie może przestać kochać tej kobiety. On w życiu kieruje się nie głową, ale sercem.
Czy posiadanie dzieci pomaga w graniu postaci o typie ojca? Takich jak na właśnie Mud?
Zanim jeszcze zostałem ojcem, zawsze miałem dobre relacje z dzieciakami. Już dawno temu zauważyłem i staram się na to zwracać uwagę, że młodsi szczególnie nie lubią protekcjonalnego tonu i bycia lekceważonymi. Trzeba z nimi rozmawiać wprost, jak z dorosłymi. Chcą słuchać twojego głosu, a nie czegoś wykreowanego do rozmawiania z dziećmi.

I tak postępuje Mud w "Uciekinierze"?
Moja postać jest dla dzieci prawdziwym mentorem, ale nigdy nie patrzy na nie z góry. Z Ellisem, granym przez Tye'a Sheridana, Muda łączy prawdziwa przyjaźń, bardzo się o niego troszczy i nigdy by nie zdradził jego zaufania.

Jest pan ojcem, jednak filmy z pana udziałem raczej nie są dla najmłodszych.
Tak, tu zdecydowanie poszedłem w złą stronę (śmiech). Dzieci będą musiały poczekać na większość moich produkcji, aż skończą osiemnaście lat. Taki "Zabójczy Joe" na pewno nie jest dla nich. Ale nie skupiam się tylko na rzeczach dla dorosłych - ostatnio piszę też scenariusz do aktorskiej bajki, zainspirowany zresztą swoją sytuacją rodzinną i własnymi dzieciakami. Jeśli chodzi o aktorstwo, to po prostu nie myślałem o jakichś rolach w filmach familijnych. Z drugiej strony, to nie może być przypadek, że akurat kiedy zostałem ojcem, dostaję takie właśnie propozycje.

Łatwiej jest grać mroczniejsze postacie?
Być może. Bardzo przyjemnie jest w ogóle grać bezlitosnego zabójcę na ekranie, a potem wrócić do bycia sobą w prawdziwym życiu.

Źródło





Jennifer Lawrence


Paweł Rojek: Twoja znakomita figura to efekt pracy przy filmie "Igrzyska śmierci"?
Jennifer Lawrence: Tak, ale to nie było zamierzone. Nie byłam ani razu na siłowni. To film wymagający sprawności fizycznej, z dużą liczbą scen kaskaderskich. Właściwie podczas kręcenia filmu jadłam więcej niż zazwyczaj. Po prostu przy ciągłym wysiłku fizycznym potrzebowałam więcej energii.

Rzeczywiście byłaś stale głodna?
Cały czas. Prawdopodobnie na każdym zdjęciu z planu będzie widać, jak coś jem.

Jak długo trwał twój trening łuczniczy?
Sześć tygodni. To zupełnie nowe doświadczenie, które zresztą niesamowicie mi się spodobało.

Po filmie "Do szpiku kości" umiesz zdjąć skórę z wiewiórki i rąbać drewno, teraz doszło łucznictwo. Czy to znaczy, że potrafiłabyś przetrwać sama w lesie?
Nie, niestety nie!

Jak wyglądały przygotowania do filmu?
Ćwiczyłam trzy razy dziennie przez kilka miesięcy, zanim zaczęły się zdjęcia. A kiedy rozpoczęliśmy pracę, dbałam o kondycję. Potrafiliśmy cały dzień kręcić scenę, podczas której wbiegam na wzgórze.

Umowę masz podpisaną od razu na trzy filmy?
Tak i trzymam kciuki, żeby pierwszy był dobrze odebrany.

Co było najtrudniejsze, oprócz wysiłku fizycznego?
Katniss to bardzo popularna postać i czułam presję, żeby dobrze wypaść. Jestem ogromną fanką książki. Był taki moment, kiedy żałowałam, że aż tak lubię tę powieść. Nie wytrzymywałam ciśnienia własnych wymagań.

Odczuwałaś zainteresowanie innych fanów?

Nie wydaje mi się, żeby pojawiły się jakieś animozje między czytelnikami a twórcami filmu. Obie grupy mają wspólny interes. Chcieliśmy uchwycić w filmie to, co jest najważniejsze w książce. Dopiero przypadkiem dowiedziałam się, że czytelnicy byli podobno wkurzeni, bo jestem blondynką. Nie rozumiałam tego, bo przecież łatwo jest przyciemnić włosy. Ale łączy nas na pewno to, że wszyscy kochamy książkę i chcemy, żeby film był równie dobry.

Wszystkie adaptacje są jakimś kompromisem. Z czegoś zawsze trzeba zrezygnować. Jak bardzo różni się film od powieści?
Nie ma większych zmian. Za to są rzeczy, które mogą być inne niż ich wyobrażenia po przeczytaniu książki. Na przykład stolica, czyli Kapitol. Jest naprawdę niezwykła. Róg obfitości jest perłowy, a nie złoty jak w książce. Lecz nic ważnego nie zostało zmienione.

Co zainteresowało cię w tej książce i postaci?
To historia, którą trzeba było opowiedzieć. Jest w niej ważne przesłanie. Musimy przyjrzeć się naszemu człowieczeństwu. Stajemy się coraz mniej ludzcy. Potrafimy w telewizji oglądać rozpad rodziny czy śmierć i traktujemy to jako rozrywkę. Żyjemy w społeczeństwie opętanym przez reality show, pożądającym plotek i nieszczęść. W naszym świecie historia lubi się powtarzać i świat przedstawiony w powieści może wcale nie być tak odległą przyszłością.

A sama też oglądasz różne reality show?
Oczywiście, przecież jestem dziewczyną. Oceniam je bardzo nisko, ale lubię je oglądać.

Masz swoją ulubioną scenę w "Igrzyskach śmierci"?
Wszystkie nocne sceny - choć były bardzo trudne. No i oczywiście te, w których jestem z Joshem (Hutchersonem), bo dobrze się razem bawiliśmy. To mój kumpel. A także sceny z Amandlą (Stenberg), która grała Rue, bo jest wspaniałą aktorką i bardzo sympatyczną dziewczyną.

Czy czytając taką książkę jak "Igrzyska śmierci", zdarza ci się pomyśleć: chciałabym zagrać taką postać?
Raczej nie. Rzadko się zastanawiam, jakie role chciałabym grać. Kiedy czytałam tę książkę, nie mówiło się jeszcze o jej ekranizacji. Po prostu czytałam z dużym zainteresowaniem.

Żartowaliśmy sobie z twojego obżarstwa na planie, ale dieta aktorek to poważna sprawa. Czy widzisz problem w tym, że oczekuje się od was odpowiedniego wyglądu?
Tak. Dziwne jest to, jak chude są kobiety w Hollywood i jaka presja wywierana jest na młode dziewczyny. Pamiętam ze szkoły, że trzynasto i czternastoletnie dziewczyny katowały się jakimiś nieludzkimi dietami. Jadły osobno sałatkę, osobno dressing. Ja nie uważam, żeby chudość była ładna. Jak ktoś rozmawia o kobietach, to nie słyszę, żeby zachwycały go chude panie. Ludzie wolą bardziej krągłe kształty.

Dorastałaś w Kentucky, między innymi jeżdżąc konno. Jak daleko było stamtąd do Hollywood?
Bardzo. Nadal wydaje mi się dziwne, że tutaj jestem. Chwila sławy trwa tylko kilka minut. W ogóle nie czuję się sławna. Dla mnie aktorstwo jest po prostu pracą. Pobyt na planie jest ciężką robotą, czasem po dwadzieścia godzin na dobę. W niewygodnych butach. To nie wygląda tak, jak opisują tabloidy. Przynajmniej nie wygląda to tak z mojej perspektywy.

Jak w takim razie wygląda twoja chwila sławy, którą rozpoczęły ubiegłoroczne nominacje do różnych nagród, w tym do Oscara?
To było niezwykłe. Nie wierzyłam, że dzieje się naprawdę. Nadal w to nie wierzę. Jeszcze się z tym nie oswoiłam, nie czuję, że to mnie dotyczy. Miałam na sobie sukienkę za sto tysięcy dolarów, a czułam się jak dziewczyna z prowincji. Podczas Złotych Globów było mi zimno, więc owinęłam się trenem.

Jak odnajdujesz się w świecie mody? Sama decydujesz, co założyć, czy ktoś ci pomaga?
Mam ludzi, którzy się mną zajmują, bo sama bym sobie nie poradziła. Wszystko się kręci wokół projektantów. Chcesz, żeby cię polubili, bo mogą ci użyczyć jakąś kreację. Ta otoczka sprawia, że czuję się inaczej, niż kiedy występowałam w filmach niezależnych. Wtedy musiałam się po prostu nauczyć tekstu i zagrać, a teraz dochodzi do tego polityka. Jeśli założę sukienkę czyjegoś projektu, to potem nie będę mogła ubrać się w kreację od innego projektanta. Albo zakładasz sukienkę, choć nie do końca ci się podoba, bo nie chcesz zrobić przykrości projektantowi. To bardzo dziwny świat. Kiedy spotkałam się z reżyserem "Igrzysk śmierci" Garym Rossem, był sam środek sezonu oscarowego. Przez chwilę czułam się jak manekin, na który ktoś co chwila nakłada inną suknię, przymierza szpilki. Wydaje ci się, że nie jesteś sobą.

Czy jest coś, co ci się w tym podoba?
Darmowe ubrania.

Nieważne, od jakiego projektanta?
Absolutnie. Nawet jak są brzydkie. Są za darmo.

Nie masz ulubionego projektanta?

Niespecjalnie. Cieszę się, że jestem w stanie chodzić w butach od Jimmiego Choo. Nie potrafię chodzić na szpilkach, ale umiem chodzić w butach od niego. Lubię Topshop i Pradę, ale tylko wtedy, kiedy nie muszę za to płacić, bo mnie jeszcze nie stać.

Jeśli ten film okaże się sukcesem, twoje życie się zmieni. Czy jesteś na to gotowa?
Chyba nie da się na to przygotować. Na razie trzymam kciuki za film i liczę, że faktycznie okaże się przebojem. Ale z drugiej strony, nie lubię pokazywać się publicznie, jestem raczej domatorką. Przez chwilę nawet pomyślałam, że już normalnie nie będę mogła pójść na żadną imprezę, na obiad do restauracji lub do baru, ale przecież i tak nie lubię tam chodzić. Teraz będę miała wymówkę.

Ale czy czujesz już ten stempel "nominowanej do Oscara"? Dostajesz więcej scenariuszy?
Oczywiście mam więcej pracy. Ale nie muszę się opędzać od paparazzich.

Musiałaś szybciej dorosnąć?
Czy ja wiem? Rzuciłam szkołę, kiedy miałam 14 lat i od tego czasu głównie przebywam z dorosłymi. Dojrzałością jest też zdawanie sobie sprawy z tego, ile się ma lat. A ja mam 21 i nie myślę o sobie jeszcze jak o dorosłej.
Źródło

Poprzednie Odcinki:
Zobacz
Zobacz

You Might Also Like

0 komentarze