10 Najgorszych filmów biograficznych.

8/29/2014


Historia miała potencjał, obsada robiła wrażenie, a mimo to coś poszło nie. Oto dziesiątka najgorszych filmów biograficznych.





Niczego nie żałuję – Edith Piaf (2007), reż Olivier Dahan
Wydawałoby się, że pełne zakrętów życie piosenkarki, będące niemal wzorcowym spełnieniem bajki (chociaż niekoniecznie takiej dla dzieci) o Kopciuszku, co to stał się królewną, jest opowieścią, której zepsuć się nie da. Olivier Dahan udowodnił jednak, że wszystko jest możliwe. Film jest źle wyreżyserowany, chaotycznie skonstruowany i marnie zagrany (Oscar dla Cotillard to najlepszy dowód niekompetencji Amerykańskiej Akademii Filmowej). Nie mówiąc już o tym, że reżyser wszystkie chropowatości z biografii Piaf wyglansował na cacy. Między innymi dlatego jego film jest be.

Źródło: Newsweek



Picasso – twórca i niszczyciel (1996), reż James Ivory
Mistrz pędzla, ale wcale nie tego malarskiego. Tak Ivory pokazuje w swoim filmie słynnego malarza, z którego robi skończonego maniaka seksualnego. I byłoby to może nawet ciekawe, gdyby reżyser spróbował o Picassie powiedzieć coś ponadto, że był erotomanem, egoistą i domowym tyranem. Ale Ivory widać nie potrafił niczego więcej z siebie wydusić. Hopkins w roli macho też się zresztą strasznie się męczy. Niby z poświeceniem miota się po ekranie, ale bez większego skutku. Ktoś nawet zauważył, że aktor wzbudzał więcej sympatii jako Hannibal Lecter w „Milczeniu owiec” niż jako Picasso w filmie Ivory’ego.

Źródło: Newsweek



Jobs (2013) reż. Joshua Michael Stern
Filmowa biografia Steve’a Jobsa, wizjonera i współzałożyciela informatycznej korporacji Apple, wypada nadspodziewanie blado. Więcej w niej sloganów i powierzchownej refleksji niż chęci dociekania tajemnic złożonej osobowości genialnego wynalazcy. Reżysera Joshuę Michaela Sterna interesują głównie biznesowe spory króla Krzemowej Doliny. Nie zmagania z chorobą nowotworową (Jobs zmarł dwa lata temu na raka trzustki), nie problemy rodzinne (został adoptowany i nie utrzymywał kontaktów z biologicznymi rodzicami), tylko uporczywa walka o przekształcenie garażowej firmy w najwyżej notowaną spółkę na nowojorskiej giełdzie. Chwilami film przypomina przesłodzoną reklamówkę. Albo bezwstydny pomnik wystawiony Jobsowi – wiecznie rozkapryszonemu dziecku w sandałach hipisa.

Źródło: Polityka


Che – rewolucja (2008), reż. Steven Soderbergh
To nie jest film a pomnik. Benicio Del Toro gra tu Guevarę z takim namaszczeniem, jakby ten dopiero co zszedł z piedestału, gdzie umieściła go rewolucyjna legenda i popkulturowy mit. Che jawi się tutaj jako człowiek bez skazy, który poświęcił życie, by uwolnić lud od ciemiężycieli. Tak kiedyś postać Lenina lukrowało kino radzieckie. Kuriozalna jest zwłaszcza ostatnia scena filmu, kiedy to podczas marszu na Hawanę oburzony Che każe swemu podwładnemu oddać auto zarekwirowane jakiemuś cywilowi. Z filmu już się nie dowiemy, że zaraz po zdobyciu Hawany Guevara założy obóz koncentracyjny dla przeciwników politycznych. Odbierze im nie tylko samochody ale i życie.

Źródło: Newsweek


Chopin. Pragnienie miłości (2001), reż. Jerzy Antczak
Biograficzny landszafcik, w którym nie ma nic oryginalnego. Wszystko tu wyszło jakby spod bogoojczyźnianej sztancy: gdy Fryderyk gra, na niebie szybują bociany, w tle szumią wierzby, a drogą pędzi samotna kareta, za którą zamyka się graniczny szlaban. Aktorzy znakomicie dostosowują się do poziomu scenariusza, uderzając w wysokie tony, co niekiedy kończy się zabawną, choć wcale niezamierzoną czkawką. Jak choćby w scenie, kiedy Chopin-Adamczyk z wyrzutem pyta Maurycego, jak mógł uderzyć kobietę. A ten na to: – To nie jest kobieta. To jest moja siostra.

Źródło: Newsweek



Aleksander (2004), reż. Oliver Stone
W tym filmie nie znajdziemy odpowiedzi na wiele pytań. Na przykład dlaczego zamiast tlenić włosy Colinowi Farellowi, nie zaangażowano do tytułowej roli jakiegoś naturalnego blondyna? Albo czemu matkę Farella musiała zagrać Angelina Jolie, rówieśnica aktora? Albo czy Anthony Hopkins (a to się biedakowi ranking trafił) musi tak bez przerwy snuć się po ekranie i wciąż gadać niczym poeta Rytel? Ale to wszystko pryszcz, najgorsze u Stone’a jest to, że za cholerę nie dostajemy od niego odpowiedzi na pytanie zasadnicze, a więc dlaczego Aleksander Wielki wielkim był.

Źródło: Newsweek



J.Edgar (2011) reż. Clint Eastwood
Ta bardzo amerykańska opowieść o pokrętnej psychice człowieka, który własne kompleksy i manię prześladowczą zmienił w potężną siłę polityczną, w każdym kraju może być dobrym przyczynkiem do debaty na temat sukcesów i zagrożeń ze strony tajnych służb. Jakkolwiek jest to nie tyle film o Hooverze jako szefie FBI, a jeszcze mniej o samej instytucji, ile właśnie – jak podkreśla „New York Times” – o Johnie Edgarze, o sferze prywatnej człowieka, który przez bez mała pół wieku był w Ameryce szarą eminencją.

Źródło: Polityka



Kopia Mistrza (2006) reż Agnieszka Holland
"Kopia mistrza" z pewnością nie zostanie okrzyknięta najlepszym filmem w dorobku Agnieszki Holland. Profesjonalna realizacja i piękne zdjęcia nie ratują tego dzieła, robi to tylko muzyka Beethovena, chociaż wątpię, czy życzyłby sobie tego, gdyby żył.

Nie jest to fragment biografii tylko całkiem zmyślona historia, w której to stary i głuchy już Beethoven, u schyłku pracy nad IX Symfonią, zatrudnia młodą kopistkę, która staje mu się bliska. Pomysł jakby wyciągnięty z "Gracza" Karoly Makka (o Dostojewskim i stenotypistce), jednak naprawdę nie ma tu czego porównywać.

Źródło: Ewa Spała (Filmweb)



Diana (2013) reż. Oliver Hirschbiegel
Diana" to jeden z tych filmów, gdzie już na początku wiadomo, jak się skończy. Ale przecież lubimy takie filmy, zwłaszcza te które opowiadają historie osób z pierwszych stron gazet. Widzów, liczących na to, że to film wiernie odtwarzający fakty, już historyczne, muszę rozczarować. "Diana" (w roli głównej Naomi Watts) to historia miłosna, prawie harlequin, z kiczowatym zakończeniem (i bynajmniej nie chodzi tu o wypadek, w którym zginęła główna bohaterka).

Źródło: Dziennik Zachodni


W (2008) reż. Oliver Stone
Oliver Stone wyrobił sobie nazwisko, kręcąc obrazy społecznie, a wręcz ideologicznie zaangażowane. Kiedy jeszcze tematyką jego obrazów były ogólne zjawiska, jak wojna czy przemoc w mediach, wszystko było w porządku. Potem jednak zajął się biografiami i nagle okazało się, że nie jest tak dobrym reżyserem, jakby się mogło wydawać. Po słabym "Nixonie" i miernym "Aleksandrze" można było mieć sporo obaw co do projektu powstającego na zakończenie prezydentury George'a W. Busha. "W." wszelkie te obawy potwierdza.
Źródło: Marcin Pietrzyk (Filmweb)

You Might Also Like

0 komentarze