Okiem Agaty: filmowe fascynacje - Marsjanin (The Martian, 2015)

11/07/2015


Zapraszam na drugą odsłonę cyklu autorstwa Agaty.

Dzisiaj recenzja jednego z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku „Marsjanin” w reżyserii Ridleya Scotta z główną rolą Matta Damon


Marsjanin (The Martian), 2015

Zamiłowanie do filmów z gatunku SF towarzyszy mi od dzieciństwa. Odkąd sięgam pamięcią oglądałam wszystko co leci, jak leci, bez względu na to, czy obraz był z tych strasznych czy może raczej z tych śmiesznych. Dość szybko, pod wpływem starszych kuzynów, zakochałam się w sagach: „Gwiezdnych Wojnach” i „Star Treku”. Pasjami oglądałam „Babilon V”. Wraz z bratem śmiałam się do rozpuku przy „Dr. Who i Dalekach”. Z nieco mniej leciwych tytułów przypadło mi do gustu „Solaris”, za to nieco rozczarowała mnie „Grawitacja”. Wiele, och wiele różnych filmów, seriali i książek kołacze mi się po głowie na widok tych dwóch liter: „S” i „F”…


I oto jeden z moich ulubionych reżyserów, ojciec „Łowcy androidów”,  „Obcego” i „Prometeusza”, niejaki Sir Ridley Scott, znowu popełnił dzieło i to z gatunku tych fantastycznych. Wybrałam się zatem do kina, mając świadomość tego, że wysokobudżetową produkcję tego kalibru należy obejrzeć na duuużym ekranie i do tego najlepiej w formacie 3D. Po seansie mogę powiedzieć tylko jedno: to nie było straconych 141 minut, a bawiłabym się równie dobrze, gdybym obejrzała film okrojony jedynie do dwóch wymiarów.


 „Marsjanin” to chyba najbardziej radosny film, jaki ostatnio widziałam: nastraja optymistycznie, podnosi na duchu, napełnia poczuciem wszechogarniającej szczęśliwości. To afirmacja życia. Tak zwany banan nie schodził mi z twarzy przez przeważającą część projekcji. Wciągnęła mnie ta niby błaha historyjka kosmicznego Robinsona Crusoe, który w wyniku burzy piaskowej i serii niefortunnych zdarzeń pozostaje zdany jedynie na siebie na bezludnej i niegościnnej planecie. Ponieważ nie znałam pierwowzoru, czyli powieści „Marsjanin'” Andy’ego Weira, nie do końca wiedziałam, na jaki szykować się przebieg wypadków i czy aby na pewno wszyscy bohaterowie doczekają końca tej opowieści. Jednakże specyficzny, radosny nastrój filmu sprawił, że pozostawałam pełna wiary w to, iż główny bohater dożyje napisów końcowych, choćby nie wiem co. Jego determinacja jest do prawdy budująca: terraformuje glebę Marsa, naprawia i modyfikuje sprzęt NASA, walczy z własną słabością – i to wszystko sposobem rodem z „MacGyvera”. Uśmiechnięta facjata Matta Damonta współgra idealnie z koncepcją, iż srebrna taśma klejąca i scyzoryk są najlepszymi przyjaciółmi każdego faceta, a astronauty w szczególności, zaś w czasach kryzysu przetrwać można na przysłowiowych gołych ziemniakach (wszak konserwy z mielonką i ketchup też kiedyś się kończą).


Wszystko to widzimy w sposób uwieczniony na taśmie filmowej przez Dariusza Wolskiego. Cóż… Mars widziany jego okiem nie jest może zbyt gościnny, ale na pewno ma w sobie wiele tajemniczego, pustynnego piękna. Aż chciałoby się zgłosić do kolejnego programu kosmicznego w charakterze astronauty, aby móc zobaczyć te wszystkie cudowności, których doświadczył główny bohater. Nie ważne, że to, co widzimy na ekranie to nie żaden Mars tylko wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO dolina Wadi Rum  w Jordanii. Iluzja przebywania w obszarze pozaziemskim jest do prawdy imponująca.


To, co mnie w tym filmie – poza ogólnym klimatem – szczególnie przypadło do gustu, to oczywiście muzyka. Okraszenie akcji niby to tandetnym disco wyszło obrazowi na dobre, jedynie potęgując poczucie ogólnej lekkości. A gdy z głośników popłynął „Starman” Davida Bowie… cóż… Dla wszystkich miłośników SF ta piosenka to klasyk. I chyba tak zapisze się w mojej pamięci „Marsjanin” – jako klasyk komedii SF, taki który nigdy się nie zestarzeje i to nie ze względu na efekty specjalne, technologiczną wizję przyszłości czy konstrukcję odrębnego uniwersum. Do tego filmu chętnie wrócę, jako do sympatycznej historii o tym, że jak człowiek chce, to potrafi. Tylko trzeba chcieć!
autorka recenzji: Agata

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Wow z twojej recenzji wynika, że tu zupełnie inne kino niż mi się zdawało, zaintrygowałaś ;)

    OdpowiedzUsuń