Okiem Agaty: filmowe fascynacje - Spectre (Spectre, 2015)

3/21/2016


Zapraszam do przeczytania kolejnej recenzji autorstwa Agaty.
Dzisiaj recenzja najnowszego filmu przygód Jamesa Bonda „Spectre

Spectre (Spectre, 2015, reż. Sam Mendes)
„Spectre” już na DVD. Cóż to się stało, że dopiero teraz się spotykamy, Panie Bond? Chyba zbyt bardzo zaufałam recenzjom, wedle których najnowsza odsłona przygód agenta 007 to jedno wielkie product placement, fabularny niewypał i przykład przewagi formy nad treścią. Szkoda mi było zimą marnować czas na wyprawę do kina na obraz, o którym krążyły złośliwe komentarze, jakoby był to jeden, wielki film reklamowy i, że to ludziom powinno się płacić za pójście na seans zamiast oczekiwać, iż tłumy z własnej i nieprzymuszonej woli zapłacą za bilety. Teraz w końcu udało mi się obejrzeć najnowszego Bonda i muszę przyznać, iż miło się rozczarowałam.

Jest w nowej odsłonie przygód agenta Jej Królewskiej Mości jakaś świeżość, połączona z nutką nostalgii za filmami z czasów, gdy 007 miał twarz Seana Connery i nie depilował klaty. Dobiegający pięćdziesiątki Daniel Craig pokazuje, co potrafi mężczyzna w sile wieku. Z  jednej strony fizycznie nadal „daje radę”  - zarówno uwodzić panie  jak i kasować piekielnie drogie auta, ale w scenach walki wręcz widać, że obecnie to spryt i doświadczenie a nie refleks i siła stanowią o jego przewadze nad przeciwnikiem (ach ten pojedynek z Davem  Bautistą w roli Hinxa). Craig interesująco wypada w duecie z Benem Wishowem w roli Q. Trzydziestopięcioletni Brytyjczyk z nosem zatopionym w laptopie w mrokach kwatery-arsenału stanowi idealny kontrast  dla niepotrafiącego usiedzieć w miejscu agenta terenowego. Warto też zwrócić uwagę na przesycone ironią dialogi. W przypadku interakcji tych dwóch postaci widać, że autorzy scenariusza naprawdę się postarali nadać tu pewną głębię unikając zbędnego patosu. Podobnie z resztą ciekawie prezentuje się prowadzenie relacji Bonda z  Moneypenny  (Naomie Harris) czy zmarłą w poprzedniej odsłonie przygód agenta M. (Judi Dench).

Do czego można się zatem przyczepić? Głównie do luk, udziwnień i przeskoków fabularnych oraz nieco drewnianej gry aktorskiej Andrew Scotta jako C. oraz Ralpha Fiennesa w roli nowego M. Nie wyczułam chemii między Craigiem i Monicą Belucci (Lucia Sciarra). Nie w wyczułam jej także miedzy Craigiem a Léą Seydoux (Madeleine Swann). Cóż… Kolejna dziewczyna Bonda. Któż by je tam zliczył. Poza tym zupełnie nie przekonała mnie postać Franza Oberhausera, odgrywana przez Christopha Waltza. Jako czarny charakter już się chyba ograł i nie ma sensu angażowanie go w kolejnych, przypominających się nawzajem aż zanadto rolach.

Ale, przecież nie dla tego kochamy agenta 007. Dla mnie ostatnia odsłona jego przygód to intrygujące zamkniecie serii z Craigiem. Wydaje mi się, że Samowi Mendesowi udało się stworzyć niepowtarzalną atmosferę i sensownie zagospodarować niebagatelny budżet. Wybuchające zegarki i samokatabultujące się samochody to klasa sama w sobie w tego typu produkcjach. Ale to skok Bonda w przepaść, zwieńczony lądowaniem na czterech literach na stylowej kanapie i kilka słownych żarcików pozostaje w głowie po zakończeniu seansu. Polecam.

źródło zdj:theguardian, dailymail

autorka recenzji: Agata

You Might Also Like

1 komentarze

  1. Ah! Ciągle mam oglądać ten film i jakoś się dzieje tak, że o nim kompletnie zapominam ;/

    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie ;)
    http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń