Okiem Agaty: filmowe fascynacje - Whiplash (Whiplash, 2014)

3/14/2016


Kolejna osłona cyklu autorstwa Agaty.
Dzisiaj macie okazje przeczytać recenzję dramatu muzycznego „Whiplash”, w którym zagrali J.K. Simmons i Miles Teller

Whiplash (Whiplash 2014, reż. Damien Chazelle)
Filmów o układzie mentor – uczeń było wiele, i zapewne będzie jeszcze więcej. Ten jednakże przejdzie do historii jako opowieść wyśmienicie zagrana: w podwójnym znaczeniu tego słowa. Oto mamy do czynienia z doskonałym aktorskim duetem – J.K. Simmonsem w oscarowej roli Terence’a Fletchera i dotrzymującym mu kroku Milesem Tellerem, wcielającym się w postać Andrew Neimanna. Pierwszy odgrywa diabolicznego wykładowcę akademii muzycznej o dyktatorskich zapędach, drugi zaś – jego nadambitnego wychowanka. Mamy także dźwięk, istotnego bohatera pierwszego planu, który w oczach Amerykańskiej Akademii Filmowej zasłużył na Oscara.

Od razu podpowiem: „Whiplash” to nie jest film o jazzie jako takim. To raczej opowieść osadzona w murach nowojorskiego konserwatorium, która mogła wydarzyć się w każdej scenerii. Umiejscowienie jej w świecie wrażliwych i jednocześnie pełnych uporu artystów nadaje jej po prostu swoistej dramaturgii i autentyzmu. W związku z tym otrzymujemy doskonałe połączenie obrazu i dźwięku, w tempie podkręconym przez montaż (kolejny Oscar!) – ten niezauważalny szczegół, który nadaje akcji swoistego rytmu.

Sama fabuła wydaje się być powieleniem starych klisz. Oto mamy do czynienia z legendarnym, nieco zbyt wymagającym i humorzastym dyrygentem szkolnej orkiestry jazzowej, od którego pragnie jak najwięcej nauczyć się ambitny perkusista. Podczas nauki młody człowiek odkrywa, że talent to nie wszystko. Aby przetrwać trzeba przede wszystkim morderczo ćwiczyć, aby ręce nadążały za tym, czego pragnie usłyszeć wyczulone ucho mistrza. Nauczyciel zaś hołduje starej szkole i nie jest nawykły do chwalenia swoich wychowanków, natomiast jego sposób wyrażania krytyki jest zjadliwy, okrutny i często miażdżący. Widz oglądając ich wzajemne relacje staje się świadkiem odwiecznej walki starego z nowym, która przeradza się w zmagania głównego bohatera z samym sobą. Widz wraz z Andrew powoli zaczyna rozumieć, że aby osiągnąć wielkość nie wystarczą godziny rzetelnych prób i wprawek muzycznych. Należy pokonać siebie, być gotowym na wyrzeczenia i nie dać się w momentach słabości. Jeszcze długo po wyjściu z kina pozostają przed oczami sceny, takie jak ta, w której Fletcher kilkakrotnie oznajmia uczniowi, że nie trzyma tempa. Albo ta, w której młody perkusista ćwiczy, aż poleje się krew i polecą drzazgi.

Mnie po seansie film pozostał w głowie i w sercu na dłużej. Chętnie do niego wracam. Podobnie jak do utworu Hanka Jacoba Levy'ego, do którego nawiązuje tytuł obrazu. Levy i jego upodobanie do dziwnego, wręcz dziwacznego metrum znajduje swój wyraz w utworze „Whiplash”, granym na 7/4 i 14/8. Nawet taki laik jak ja rozumie, że tylko najlepsi są w stanie wygrać ów utwór w odpowiednio morderczym tempie, aby zaakcentować jego specyficzną dynamikę. Wcześniej nie do końca sobie uświadamiałam, że porządna orkiestra to konglomerat znakomitych muzyków, który potrafi udźwignąć wszelki, choćby najbardziej wymagający utwór. Każdy, pojedynczy muzyk musi być bez zarzutu, aby doskonale wybrzmiała praca całego zespołu. I o tym także jest ten film: o samodoskonaleniu i indywidualizmie w służbie zbiorowego wysiłku. Polecam.
źródło zdj: independent, buzzfeed

autorka recenzji: Agata

You Might Also Like

1 komentarze

  1. Ciężki film, oglądaliśmy go w szkole rok temu. Mimo wszystko warty uwagi.


    Serdecznie pozdrawiam i zapraszam do siebie ;)
    http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń