Tamte dni, tamte noce (2017) - Za duszno

lutego 11, 2018



Pod włoskim słońcem miało być romantycznie, ale dostajemy „seks nocy letniej”. O filmie „Tamte dni, tamte noce” pisze Marta Łozowska 


Erudycja, poliglotyzm, synestezja - to zdecydowane atuty tego filmu. To one składają się na malarskość opowieści. Erudycja, bo film odwołuje się do wielu dziedzin sztuki - przede wszystkim literatury (dodajmy, że to kinowa adaptacja powieści), antycznej rzeźby czy muzyki (zarówno klasycznej jak i współczesnej - tzn. osadzonej w tamtejszej rzeczywistości lat 80' tych). Poliglotyzm, bo słyszymy wiele języków - sam główny bohater porozumiewa się po angielsku, francusku i włosku, w filmie pobrzmiewa też niemiecki. Kosmopolityczni są też goście rodziny, którzy chętnie odwiedzają letni dom naszych bohaterów. Niemal czuje się smak dojrzałych na słońcu owoców czy orzeźwiający chłód wody podczas upalnego wakacyjnego dnia – dlatego możemy mówić o synestezyjnym, pobudzającym zmysły sposobie prowadzenia fabuły. Tyle atuty.

Lepiej, by jednak temu filmowi zrobiło, gdyby przesunąć nieco ciężar pokazanego związku przede wszystkim na dojrzewanie Elio czyli naszego młodzieńca (w tej roli nominowany do Oskara jako najlepszy aktor pierwszoplanowy Timothée Chalamet). A tak oglądamy po prostu melodramatyczne wakacyjne love story. Malarskie tło nie ratuje tej opowieści.

Film z minuty na minutę staje się zbyt dosłowny – Luca Guadagnino stosuje za mało niuansów. Miało być zmysłowo o pożądaniu, uwodzeniu i bliskości, ale reżyserowi nie wyszła z tego uniwersalna opowieść o pierwszej miłości, a klasyczny gejowski romans. Historia, którą dostajemy jest może sensualna, ale zdecydowanie za duszna. I to wcale nie tylko dlatego, że oglądamy parne włoskie lato (co akurat pokazane jest doskonale), ale za duża jest porcja namiętności, do tego zbyt naiwnej. Związek Elio i Olivera wypada banalnie. Może, gdyby sceny erotyczne stopniowane były bardziej subtelnie, uwierzyłabym w wyjątkowość tej więzi.


Zaskoczeniem może być fakt, że cała ta relacja inteligentnego nastolatka i asystenta jego ojca, odbyła się za przyzwoleniem (by nie powiedzieć zachętą) rodziców, czego dowiadujemy się w trakcie. Jednak mi odbiera to świeżość jej postrzegania. Nieco fałszywe stają się w tym momencie zbyt dosłowne sceny zrywania zakazanego owocu (tu reprezentowanego przez morelę). Historia byłaby dla mnie prawdziwa bez zbędnych ozdobników, którymi reżyser karmi nas za dużo
i zbyt często.

Daję 8/10 gwiazdek za malarskość i zmysłowe ukazanie rodzącej się miłości. Do doskonałości brakuje moim zdaniem odrobiny mniejszej dawki dosłowności.


autorka: Marta Łozowska

You Might Also Like

1 komentarze

  1. Na tę chwilę zasłuchuję się w soundtracku, oby nagrodzonym! Jest niesamowity. W tym tygodniu wybieram się do kina! Pozdrawiam, Paweł z http://melancholiacodziennosci.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Flickr Images