Wywiady (odc.5)

6/24/2014

W dzisiejszym odcinku do przeczytania wywiady z przedstawicielami zawodu reżysera, mianowicie z Timem 'Burtonem znanego z kręcenia filmów fantasy oraz piękną włoską aktorką i reż6serką Sofią Coppola.





Tim Burton

Joanna Ozdobińska: Skąd nagle pomysł na nakręcenie pełnometrażowej wersji “Frankenweenie"?
Tim Burton: To jeden z tych projektów, który zawsze był w moim sercu. Możliwość nakręcenia go nadal w animacji poklatkowej, w czerni i bieli, ale w trójwymiarze i w formacie długiego metrażu wydała mi się bardzo kusząca. Nawet jeśli są to odgrzewane kotlety, dla mnie są one najsmaczniejsze na świecie.

Czy wykorzystał Pan jakieś nowe pomysły w długometrażowej wersji?
Ja od początku wiedziałem, że chcę użyć postacie z oryginalnej krótkometrażowej animacji, więc skupiłem się przede wszystkim na nich. Jeśli chodzi o nowe elementy, to przypomniały mi się niektóre dziwne dzieciaki i nauczyciele z mojej szkoły i ich można znaleźć w filmie. Oczywiście zainspirowały mnie też horrory z wytwórni Universal, jak: “House of Dracula", w którym Frankenstein spotyka Wolfmana, które oglądałem jako dziecko. Wiele innych pomysłów pochodziło z rzeczy, które kocham i które nieustannie mnie inspirują.

Lubi Pan psy? Pytam, ponieważ umieszcza Pan psa w praktycznie każdym swoim filmie dla dzieci.
Gdy jest się dzieckiem, związek z psem, czy z jakimkolwiek innym zwierzęciem, jest pierwszą najczystszą przyjaźnią, jakiej człowiek doświadcza. Jeśli masz na tyle szczęścia, że masz zwierzaka, którego kochasz, trafia on wprost do Twojego serca. Ja miałem takiego wyjątkowego psa w swoim życiu, z którym łączyła mnie miłość. Ten cały element przywracania psa do życia, psiego Frankensteina, jest więc spełnieniem mojego najskrytszego marzenia o powrocie mojego ukochanego psa do życia. Zresztą zawsze wydawało mi się, że filmy o Frankensteinie są niezwykle emocjonalne, więc wydawało mi się naturalne, żeby połączyć te oba elementy.

“Frankenweenie" zawiera w sobie elementy horroru. Czy chciałby Pan powrócić do tego gatunku filmowego?
Wydaje mi się, że mam na razie dosyć. Po tym filmie robię sobie przymusowe wakacje. “Frankenweenie" był dla mnie wyjątkowym projektem, więc teraz przez chwilę chcę się nim nacieszyć.

Czy “Frankenweenie" jest jak dotąd najbardziej skomplikowanym animowanym filmem, jaki Pan nakręcił?
Każdy z filmów animowanych poklatkowo jest skomplikowany. Ja chciałem szczególnie podkreślić, że “Frankenweenie" został nakręcony właśnie taką techniką. Po premierze “Gnijącej panny młodej" wiele osób nie chciało wierzyć, że animowaliśmy ten film ręcznie, ponieważ lalki były tak pięknie i doskonale zrobione i animowane, że myśleli, że jest to animacja komputerowa. Przy “Frankenweenie" chcieliśmy, żeby było widać te szczegóły. Dla mnie to była prawdziwa przyjemność nakręcić ten film w bieli i czerni i to był jeden z powodów, dla którego chciałem go zrobić. Brak kolorów potęguje teksturę obrazu, sprawia że czujesz emocje i po prostu chcesz wejść do środka tego świata. Zdecydowanie wpływa na sposób, w jaki odbiera się ten film.

Jak Pana zdaniem technologia się zmieniła od czasów “Miasteczka Halloween" i “Gnijącej panny młodej"?
Ja zawsze lubiłem animację poklatkową. Oczywiście zrealizowanie takich filmów zajmuje mnóstwo czasu i jest to coraz rzadsze medium, nad czym bardzo ubolewam. Sama możliwość dotknięcia i czucia animowanych lalek, ruszania ich,  jest dla mnie magiczna. Chciałbym, żeby każdy mógł doświadczyć takiej pracy, ponieważ trudno mi ubrać w słowa opis tego procesu. Technologia owszem poszła naprzód, ale animacja poklatkowa jest cały czas taka sama. To jak powrót do początków kina: technika polega cały czas na tym, że animator animuje lalkę - nie da się tego unowocześnić. Jest tyle możliwości z wykorzystaniem nowoczesnej technologii, ale jest coś ujmującego w tym, że można wrócić do techniki prostoty i ekscytacji podglądania jak ktoś animuje lalkę i widzieć jak ona ożywa.

A technologia 3D?
Możliwość obejrzenia czarno-białego “Frankenweenie" w trójwymiarze była dla mnie kartą przetargową do realizacji tego projektu. Podobała mi się kombinacja animacji poklatkowej i trójwymiaru i starałem się aby obraz był bardzo wyraźny - biel śnieżnobiała, a cienie odpowiednio mroczne.

Czy jest Pan w stanie wybrać ulubiony film spośród wszystkich, które Pan nakręcił?
Jest mi trudno wybrać tylko jeden, ponieważ spędziłem nad nimi tak dużo czasu i kocham je miłością ojcowską. Ale są filmy takie, jak “Edward Nożycoręki", “Ed Wood", “Miasteczko Halloween" i “Frankenweenie", które darzę większym sentymentem. Oczywiście nie krytykuję swoich pozostałych filmów, ale do tych wymienionych mam bardziej personalne podejście.

Minęło ponad dwadzieścia lat odkąd przedstawił Pan światu Batmana jako pełnoprawnego bohatera filmowego. Jakie jest Pana zdanie na temat współczesnych filmów o superbohaterach?
Pamiętam, że gdy kręciłem mojego “Batmana" martwiłem się, że będzie zbyt mroczny i poważny dla widzów. Współczesne filmy o Batmanie przypominają lekkie komedyjki, niemalże rewię w stylu "Batman on Ice". Ja miałem ogromne trudności ze znalezieniem studia i pieniędzy na mój projekt, a dzisiaj reżyserzy filmów o superbohaterów nie mają takich problemów wcale.
Źródło



Sofia Coppola

Chociaż "Bling Ring" zainspirowały autentyczne wydarzenia sprzed kilku lat, można powiedzieć, że tym filmem dorzuca pani kolejną cegiełkę do swojego ulubionego tematu młodości. Czyli tego chaotycznego stanu zawieszenia, kiedy nie można być już dzieckiem, a nie wiadomo jeszcze, jak być dorosłym.
To prawda, często opowiadam o młodych. Ale nie sądzę, żeby to była obsesja: mam 42 lata i bardzo mi z tym wiekiem dobrze. Jeśli robię filmy o młodych, to pewnie dlatego, że fascynują mnie ludzie, w których dokonuje się wewnętrzna przemiana. Postaci niedookreślone, ledwie naszkicowane, które dopiero szukają samych siebie.

Nastolatki z "Bling Ring" wydają się puste, jakby pozbawione właściwości. Okradają celebrytów i zabierają im markowe ubrania trochę z nudów, a trochę dlatego, że chcą po prostu lepiej wyglądać.
Albo raczej dokładnie tak jak gwiazdki z kolorowych gazet i plotkarskich portali. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam w "Vanity Fair" artykuł o tych kradzieżach, miałam wrażenie, jakby te nastolatki faktycznie fajnym ciuchem chciały wypełnić jakąś wielką pustkę. "Pożyczyć" chociaż na chwilę cudzą osobowość, tożsamość. A potem odłożyć ją na wieszak i "przebrać się" za kogoś innego. Dlatego właśnie, chociaż ubierają się bardzo seksownie, są całkowicie aseksualni. Bo im nie chodzi o erotyczną grę, tylko o "look".

Dwoje z tych złodziei poznała pani osobiście. Wnieśli coś do scenariusza?
Kilka drobiazgów. To oni opowiedzieli mi np., że z domu Paris Hilton chcieli ukraść psa. Tego bym nie wymyśliła.

 
Ciekawe było zwłaszcza spotkanie z chłopakiem, dziś otwartym gejem, który opowiadał mi o tym, dlaczego zaczął kraść razem z innymi, jak bardzo chciał się wyleczyć z kompleksów. Być może dlatego pośród tych bardzo niesympatycznych przecież bohaterów jego postaci dałam trochę jaśniejszy rys. To przez niego wchodzimy w całą opowieść, to z nim możemy się emocjonalnie identyfikować. Ale zmieniłam wszystkie imiona i nazwiska, nie chciałam, żeby po moim filmie byli jeszcze bardziej sławni.

Ta historia mogłaby się wydarzyć 20, 30 lat temu?
Myślę, że nawet dziesięć lat temu byłaby trudna do pomyślenia. Bo wtedy jeszcze szaleństwo na punkcie celebrytów nie miało takiej skali, a telefon i internet służyły do czegoś innego.

Sama nie do końca wiedziałam, jak to dziś działa, bo nie korzystam z Facebooka. Przed zdjęciami poszłam jednak do klubu w Los Angeles i zobaczyłam tłum nastolatek w obcisłych bluzkach, krótkich spódniczkach i butach na obcasie. Wszyscy zajmowali się głównie wysyłaniem SMS-ów, robieniem zdjęć i wrzucaniem ich do sieci. Wyglądało to egzotycznie - tacy mikrocelebryci, którzy swój wygląd, zachowanie, udział w imprezach pokazują innym, non stop poddają się ocenie. Jeśli siebie nie udokumentujesz, nie sfotografujesz, nie opiszesz i nie wrzucisz do internetu - nie istniejesz.

Kpi pani z pędu do "pokazywania się", ale "Bling Ring" równie ironicznie traktuje okradanych celebrytów. W końcu są nieprzyzwoicie bogaci i próżni - mają za swoje. A przecież to o pani pisano kiedyś: "Zepsute dziecko show-biznesu".
Różne rzeczy o mnie pisano. Ludzie myślą, że dorastałam w świecie gwiazd. Ale Robert De Niro to jednak inna kategoria niż Paris Hilton. Na co dzień żyłam zresztą w małym miasteczku w północnej Kalifornii. Owszem, jeździłam czasem z ojcem na festiwale, odwiedzałam go na planie, ale to były raczej sympatyczne wycieczki, moje prawdziwe życie wyglądało inaczej.

Skąd więc u pani ta powracająca ochota na rozliczanie się z show-biznesem? Widać ją było już w "Między słowami", "Somewhere", teraz w "Bling Ring".
-To jest świat, który w jakimś sensie znam od dziecka. Bardziej jako obserwator, bo nie byłabym w stanie w nim żyć. Dlatego wyprowadziłam się z Los Angeles. Nie mogę od tego zupełnie uciec, bo świat się dziś skurczył i popkultura dociera wszędzie. Ale to, że patrzę z boku, daje mi, mam wrażenie, ożywczy dystans, który staram się przemycić w filmach.

Miała pani etap fascynacji znanymi markami?
Lubię ładne ubrania, ale szaleństwo na punkcie metek jest mi obce.

Paradoksalnie jedną z rzeczy, którą ukradły opisane w "Vanity Fair" nastolatki, była torebka, którą zaprojektowała pani dla Louis Vuittona...
To prawda, ale to, że projektuję czasem różne rzeczy, nie znaczy, że czuję się częścią świata, który tak uwodzi moich bohaterów.

Paris Hilton nie miała problemu z tym, że jest w filmie ośmieszona?
Ośmieszona? Ona po prostu w taki sposób mieszka i żyje. I nie ma problemu z tym, żeby pokazać to innym ludziom. To jest świadoma osoba grająca swoim wizerunkiem.

I zostawiła kluczyk pod wycieraczką?
- Kiedyś zostawiała.

Od razu chciała pani kręcić w jej autentycznym domu?
- Najpierw poznałam ją przez wspólną znajomą i poprosiłam, żeby statystowała w scenie imprezy. Zaczęłyśmy rozmawiać i rzuciłam pomysł, żeby zrealizować zdjęcia w jej domu. Zgodziła się od razu.

Pierwsze wrażenie, kiedy weszliście tam z ekipą?
- Dokładnie takie jak moich bohaterów: to jak sklep z cukierkami. Trudno uwierzyć, że można mieć aż tyle ubrań i butów. Szafki, garderoby, poduszki z jej podobizną, klub z rurą do tańca... To jak odrębny mikroświat, który w filmie staje się niemal jednym z bohaterów.

Pomnik na cześć kiczu.
Żaden scenograf by tego nie wymyślił. Dlatego zdecydowaliśmy, że będzie to jedyny autentyczny dom - resztę zaprojektowaliśmy specjalnie na potrzeby zdjęć.

Ironiczna staje się też obecność w filmie - u boku młodych debiutantów - Emmy Watson. W filmie o fascynacji celebrytami chciała pani mieć kogoś, kto naprawdę jest celebrytą?
- Emma zgłosiła się na casting i okazała się inteligentną aktorką. I pracowitą - jest Brytyjką, więc musiała popracować nad swoim akcentem. Chciała mówić dokładnie tak jak ludzie z przedmieść LA.

Premiera pani filmu w Cannes - jak każdego innego - zmieniła się w istną rewię mody i show dla kolorowych gazet. Ta część "sprzedawania" filmów pani nie drażni?
- Czasem tak. Dlatego właśnie chcę się skupić na skromnych, niskobudżetowych filmach - gdybym robiła superprodukcje jak mój ojciec, tej gigantycznej machiny promocyjnej pewnie nie dałabym rady wytrzymać.

Kiedyś powiedziała pani, że wbrew sugestiom Francisa Forda Coppoli nie krzyczy pani przed każdym ujęciem przez tubę: "Akcja!". Inne rady ojca, które pani zignorowała?
Nie jestem już nastolatką, która we wszystkim słucha się ojca albo przeciwnie - na siłę próbuje się wobec niego buntować. Pracujemy razem, bo jest moim producentem, robimy filmy w jednej firmie. Pokazuję mu czasem niektóre sceny, ujęcia, ale dyskutujemy o nich jak partnerzy. Czasem on ma rację, czasem ja. Ale dobrze mieć go po swojej stronie. Kręcenie filmu to stres. Lepiej go znosisz, jeśli masz przy sobie bliskich.

"Bling Ring" to pierwszy pani film kręcony kamerą cyfrową. Zmiana na stałe?
- Zależało mi na tym, żeby zrobić film, który będzie łączył niemal dokumentalny realizm z popową energią: o świecie, który funkcjonuje w dużej mierze w rzeczywistości wirtualnej, chciałam opowiedzieć adekwatnym językiem. Dlatego właśnie na planie często towarzyszyła nam muzyka. Choćby piosenka "Crown On The Ground" Sleigh Bells - słuchałam jej, pisząc otwierającą film sekwencję, a kiedy ją kręciliśmy, puszczałam ją całej ekipie.

Wadą kamery cyfrowej okazało się to, że niemal cały czas patrzyłam w ekran monitora i brakowało mi czasu, żeby naprawdę być na planie. Więc w przyszłości wolałabym znów robić film na taśmie. O ile w ogóle będzie się jeszcze takie kręcić.

Trzyma pani jeszcze dziecięce rysunki, które robiła pani na planie "Czasu Apokalipsy"?
Przecież to było wieki temu! Nie ma do czego wracać. Gdyby nie nazwisko mojego ojca, nikt by na te bazgroły w ogóle nie zwrócił uwagi.
Źródło


Poprzednie Odcinki:
Zobacz
Zobacz
Zobacz
Zobacz

You Might Also Like

0 komentarze