50 najlepszych westernów wszech czasów (Część Piąta)

7/19/2014


Zapraszam już na ostatnią część, zobaczcie który western znalazł się na pierwszym miejscu według magazynu Esencja.





10. W samo południe (1952)
Samotność rewolwerowca. Gary Cooper jako bohater tragiczny, który mimo zdania urzędu szeryfa, postanawia samotnie stawić czoła bandytom. Właśnie odosobnienie protagonisty, reprezentującego tak niepopularne idee jak honor, ofiarność i poczucie odpowiedzialności, stało się centralnym tematem filmu. I co ciekawe, nie bandyci, a tchórzliwa i obojętna społeczność miasteczka została zarysowana jako główni antagoniści – psychopatyczny Miller i jego banda, owszem, są zagrożeniem ale tylko fizycznym, bardziej niebezpieczna dla ogółu jest krótkowzroczna bierność obywateli wobec zbliżającego się niebezpieczeństwa (niektórzy nazwaliby tę społeczność lemingami). Jeśli już mowa o naszym politycznym podwórku, to film Freda Zinnemanna już wcześniej został przez nie zaadaptowany – plakat z Garrym Cooperem autorstwa Tomasza Sarneckiego reprezentował „Solidarność” w wyborach 4 czerwca 1989 r. W Stanach Zjednoczonych również nie uniknięto politycznych interpretacji. Film traktowano jako alegorię strachu przed makkartyzmem – w końcu scenarzysta tego obrazu Carl Foreman (swoją drogą rzeczywiście związany z komunistami) miał wątpliwą przyjemność składania zeznań przed Komisją do Badania Działalności Antyamerykańskiej, a nawet został zmuszony do opuszczenia Stanów. Sam film słynie nie tylko z wagi poruszanego tematu, ale też z niezwykle starannego podejścia do jedności czasu rzeczywistego i filmowego – postęp akcji możemy śledzić z zegarkiem w ręku. Jest też coś dla melomanów: wpadający w ucho szlagier Dimitri Tiomkina „Do Not Forsake Me, O My Darlin’” (numer 25. na liście najlepszych piosenek filmowych wg AFI).
Zwiastun



9. Pat Garrett i Billy Kid (1973)
Jest w tym filmie kapitalna scena, którą można uznać za kwintesencję tyleż tego konkretnego dzieła, co i całego (pod)gatunku – antywesternu. Polujący na słynnego rewolwerowca Billy’ego Kida (którego gra legendarny aktor i piosenkarz country Kris Kristofferson) szeryf Pat Garrett (znany z „Garści dynamitu” James Coburn) ma nadzieję dorwać go we wskazanym miejscu. Z bronią w ręku uważnie przeczesuje pokój, w pewnym momencie jego wzrok kieruje się w stronę dużego lustra, w którym widzi własne odbicie. Bez zastanowienia oddaje strzał, tłukąc szkło. Dlaczego urasta ona do rangi symbolu? Idealnie definiuje bowiem to, czym jest antywestern. W którym nie uświadczymy klasycznego podziału na dobrych i złych (tu źli są wszyscy, nawet ci służący prawu i sprawiedliwości). W którym nie pozostało już nic z dawnej romantycznej otoczki opowieści o pionierach zdobywających Dziki Zachód. Billy Kid i Pat Garrett to postaci istniejące w rzeczywistości, nie należy jednak z tego powodu traktować obrazu Sama Peckinpaha („Dzika banda”) jako dzieła stricte historycznego. Amerykański reżyser postanowił, sięgając do prawdziwych wydarzeń, przedstawić naturalistyczny, choć nie pozbawiony wszetecznego uroku, portret Stanów Zjednoczonych drugiej połowy XIX wieku. Widz od samego początku zostaje wciągnięty przez reżysera do dwuznacznej moralnie rozgrywki między dawnymi kompanami, których przekorny los postawił po przeciwnych stronach barykady. Komu kibicuje? O dziwo, raczej nie twardemu stróżowi prawa, lecz błyskotliwemu fircykowi, jakim okazuje się młodszy o kilka lat od szeryfa Garretta Billy Kid. To film o przyjaźni i zdradzie, o wierności i zaprzaństwie, o regułach walki i walce bez reguł. Peckinpah przekonuje w nim, że nie zawsze ten, który służy tak zwanej „dobrej stronie”, ma rację, i nie zawsze ten, którego określamy mianem „czarnego charakteru”, pozbawiony jest moralności. Jeśli do tych psychologicznych wynurzeń dorzucimy jeszcze śpiewaną przez Boba Dylana (pojawia się na ekranie jako Alias) balladę „Knockin’ on Heaven’s Door”, musimy stwierdzić bez wątpliwości – to arcydzirło!
Zwiastun



8. Siedmiu wspaniałych (1960)
Kowboje, jak mówi nazwa, zajmowali się wypasaniem krów. Ponieważ ów wypas odbywał się w krainie dzikiej, świeżo skolonizowanej, pełnej rejonów, do których nie sięgało prawo, szarpanej rozmaitymi konfliktami, najeżdżanymi, rabowanymi – musieli umieć bronić siebie i bydła, odbierając życie. Więc na słowo „kowboj” wszystkim staje przed oczami głównie kapelusz, dzwoniące u butów ostrogi, rewolwer Colta leżący na udzie, pas nabijany nabojami, chusta wokół szyi. Dzikie konie, ryczące u wodopoju krowy, rozkrzyczani Indianie. Wizyty w saloonach, napady na banki, pociągi i dyliżanse. Nikomu na dźwięk tego słowa nie przychodzą do głowy rycerze. Aż do momentu konfrontacji z tym filmem. Wspaniałe kreacje Yula Brynnera, Steve’a McQuinna, Charlesa Bronsona, Jamesa Coburna, którzy pokazali „ciemną stronę” etosu rewolwerowca: poczucie pustki, brak realnego, sensownego celu, doświadczenie w walce z bandziorami idące w parze z ogonem życiowych przejść i strat. I chęć zarobku, ale nie pieniężnego, wszak ten jest czysto symboliczny, lecz w walucie raczej na Dzikim Zachodzie niemodnej: wdzięczności prostych, biednych, krzywdzonych przez bezkarnych bandytów ludzi. Jeśli którykolwiek western jest inny niż pozostałe, to właśnie ten. Bodaj jedyna, rasowa baśń amerykańskiego pogranicza o słodko-gorzkim finale.
Zwiastun



7. Poszukiwacze (1956)
 Po roku premiery filmu – zero nominacji do Oscara, 50 lat później – tytuł najlepszego westernu wszech czasów. „Poszukiwacze” długo nie mogli znaleźć uznania wśród amerykańskiej krytyki, czego nie ułatwił sam John Ford, tworząc obraz niespójny i zmącony wątkami komediowymi i romansowymi. Dopiero wnikliwość interpretacyjna krytyków związanych z francuską Nową Falą unaoczniła artystyczną głębię i nowatorskie potraktowanie tematu, które stworzyło podwaliny pod bardziej dosadny ton późniejszych antywesternów. Przełomowość filmu Forda objawia się w wielopłaszczyznowym sportretowaniu głównego bohatera Ethana (w tej roli John „Wielkie plecy” Wayne), które w znacznym stopniu odbiega od wzniosłego i szlachetnego obrazu kowboja jako stróża prawa i wzoru wszelkich cnót. Wayne gra zgorzkniałego, przepełnionego nienawiścią do Indian, weterana wojny secesyjnej, który po kilkuletniej nieobecności wraca na stare śmieci i postanawia zamieszkać wraz z bratem i jego rodziną. Jego zakwaterowanie zostało jednak brutalnie przerwane przez atak Komanczów, w wyniku którego ani z domu, ani z części jego mieszkańców niewiele zostało (co najwyżej skalpy). Jedyna nadzieja w odnalezieniu porwanych córek brata. Chęć krwawego odwetu staje się głównym motorem do trwających aż 5 lat poszukiwań. Okazuje się jednak, że arogancja i wyniosłość bohatera nie są jego najgorszymi cechami. Kiedy odnaleziona dziewczyna okazuje się jedną z żon wodza Komanczów, postanawia ją zabić – straciła dla niego wszelkie cechy człowieka. Jeszcze nigdy wcześniej głównym protagonistą nie była aż tak antypatyczna postać, na tyle zaślepiona nienawiścią, że posuwała się nawet do bezczeszczenia zwłok Indian. Zresztą Wayne ma godnego siebie przeciwnika. Indiański wódz jest w stosunku do białych takim samym preriowym faszystą. Brutalny świat Dzikiego Zachodu został umiejscowiony w niezwykle malowniczej dolinie Monument Valley, której ascetyczne piękno udało się oddać na ekranie dzięki jeszcze nowatorskiemu formatowi VistaVision. Taki jest ten film – pełen kontrastów, gdzie okrucieństwo miesza się z liryzmem. Czyż nie jest to najkrótsza definicja późniejszych antywesternów?
Zwiastun



6. Butch Cassidy i Sundance Kid (1969)
„Butch Cassidy i Sundance Kid” to z pewnością jeden z najbardziej wyrazistych hołdów, jakie Amerykanie składali swoim legendarnym przestępcom – w żadnym chyba kraju nie ma takiego uwielbienia dla bohaterów stojących poza prawem. Jest to hołd oczywiście nie dla prawdziwych postaci (choć akurat wiele faktów z życia autentycznego gangu znalazło miejsce na ekranie), ale dla ich legendarnej wizji, sam zresztą tworzący nową legendę. Niektórzy zżymają się na „Butcha i Cassidy’ego”, że w czasie, gdy zaczynały królować już westerny rewizjonistyczne spod znaku Leone i Peckinpaha, George Roy Hill nie próbował nawet nawiązać do tendencji odbrązowiania mitu, lecz zajął się jego utrwalaniem. Sa jednak okoliczności łagodzące (pomijając już fakt, że gdyby nastąpił tak dramatyczny zwrot estetyki u wszystkich twórców, byłoby to zwyczajnie nudne) – bo „Butch i Cassidy” potrafi urzekać na wielu poziomach (co zresztą doceniła Akademia Filmowa, przyznając mu aż 5 Oscarów na 8 nominacji). Redford i Newman tworzą niezapomnianą parę, a chemia między nimi jest tak silna, że niektórzy zapominają o obecności w filmie Katharine Ross. Historia przechodzi płynnie od wątków lżejszych do poważniejszych, od liryki do strzelanin, od szczerego śmiechu do prawdziwej łzy ale nad całością wciąż unosi się niesamowity nastrój, przesycający film nostalgicznym smutkiem, którego nie łagodzi nawet kultowy musicalowy moment z „Raindrops Keep Falling on my Head”. Ale oczywiście po seansie i tak zostajemy ze słynną finałową stopklatką, unieśmiertalniającą zarówno bohaterów jak i sam film.
Zwiastun



5. Rio Bravo (1959)
Była miłość w czasach zarazy. Była miłość na francuskim dworze, miłość na szczytach władzy Cesarstwa Rzymskiego. Miłość w pałacach zimnej, deszczowej Anglii i na jej smaganych wiatrami wrzosowiskach. Nie mogła więc ominąć Dzikiego Zachodu. W miasteczku Rio Bravo trwa osobliwe oblężenie. Bronią się szeryf John T. Chance i jego zastępca Stumpy, jego przyjaciel, pijak Pat Wheeler, wreszcie młody rewolwerowiec Colorado Ryan. Trzymają pieczę nad zmienionym w twierdzę więzieniem, gdzie za kratkami przebywa Joe Burdette, młodszy brat Nathana Burdette’a, miejscowego ziemianina. Muszą wytrzymać sześć dni, nim United States Marshal przybędzie po więźnia, by odtransportować go do miasta Presidio i postawić przed sądem za morderstwo. Więc szeryf Chance funkcjonuje w stanie podwyższonego ryzyka, robiąc obchody miasta, izolowanego przez ludzi Burdette’a, strzegąc więźnia i starając się przeżyć. Do czasu. Stan wyjątkowy wprowadza Feathers, piękna, tajemnicza kobieta, która przybywa do Rio Bravo, by grać w pokera, śpiewać, a głównie drażnić i intrygować szeryfa, prowokować go i koniec końców rozkochać w sobie, zresztą z wzajemnością. John Wayne z winchesterem i Angie Dickinson w kuszącym negliżu. Szorstki i cokolwiek grubo ciosany stróż prawa i uwodzicielska, flirtująca, a tak naprawdę samotna, ścigana przez przeszłość, delikatna kobieta. A do tego saloony, strzelaniny, zaprzysięgani szeryfowie i dyliżanse. Wprawdzie brak kowboja odjeżdżającego ku zachodzącemu za horyzont słońcu, ale to jak z wiadomymi bunkrami nad brzegiem morza…
Zwiastun



4. Dzika banda (1969)
Niejaki Pike Bishop (Wiliam Holden) wraz ze swoją bandą (przebraną w mundury wojska) napada na budynek kolei w miasteczku na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Okazuje się, że wpadli w zasadzkę, którą na nich urządzili wynajęci przez kolej łowcy głów. Zaczyna się strzelanina, w której giną uczestnicy parady Ligii Wstrzemięźliwości, akurat organizowanej w miasteczku. Części członków bandy udaje się uciec z zasadzki, w tym ich liderowi, który zauważa wśród strzelających do niego ludzi Deke’a Thortona (w tej roli Robert Ryan), dawnego kumpla. Thorton tropi Bishopa, bo jeżeli go nie dorwie wróci do więzienia, a nie chce tam wracać, a Pike rozumie postępowanie Deke’a i nie ma mu tego za złe… „Dzika banda”, najgłośniejszy film Peckinpaha, w swoich czasach szokowała i wywracała gatunek do góry nogami, a i dziś pozostawia dalekim od obojętności. Z jednej strony zasłynęła graficzną przemocą, ze słynną finałową strzelaniną (chciałoby się rzec: finałową masakrą) na czele, z drugiej odeszła od tradycyjnego podziału na dobrych i złych tak daleko, jak tylko się dało. Bandyci Bishopa to ludzie z gruntu źli – żyją z rabunku, nie wahają się zabijać, nie mają zawahania, gdy przychodzi do poświęcania niewinnych, przypadkowych osób. Mimo wszystki jednak kierują się pewnym kanonem reguł, które można streścić słowami: gdy trzeba, prawdziwy mężczyzna musi zrobić to, co do niego należy, nawet jeśli oznacza to pewną śmierć. „Dzika banda” to opowieść brutalna, szorstka, emocjonalna, o ludzkich wyborach i ich konsekwencjach, a także o sumieniu i odwadze. „Let’s go” – mówi Bishop w jednej z najsłynniejszech scen filmowego westernu i w odpowiedzi słyszy: „Why not?”. No i idą!
Zwiastun



3. Dobry, zły i brzydki (1966)
Domknięcie dolarowej trylogii nie przez przypadek uznawane jest za jeden z najlepszych westernów wszech czasów. Jest bowiem kwintesencją wszystkiego tego za co ceni się ten gatunek w wydaniu spaghetti. Mamy tu legendarny muzyczny motyw Ennio Morricone, finalny pojedynek definiujący na nowo pojęcie trzymania widza w napięciu, i nieskończoną paletę wszystkich odcieni Dzikiego Zachodu widzianego oczami Sergio Leone. Co ciekawe Clint Eastwood, odtwarzający po raz trzeci rolę Bezimiennego, z początku nie był przekonany do napisanego z rozmachem scenariusza „Dobrego, złego i brzydkiego”, i dopiero spora gaża, procenty z wpływów a także…nowe ferrari były wstanie przekonać go do udziału w filmie. W niemal trzygodzinnej, epickiej opowieści o pogoni za ukrytym skarbem w otoczeniu secesyjnej zawieruchy można odnaleźć multum scen, które bez dwóch zdań zasłużyły sobie na miejsce kanonie najlepszych sekwencji gatunku. Czy to będzie pojedynek, sekwencje więzienne czy prezentacja głównych postaci, nikt nie ma wątpliwości, że mamy tu do czynienia z wizualnym i reżyserskim arcydziełem. Choć po premierze krytycy zarzucali „Dobremu…” przesadną brutalność, to bez niej film traciłby conajmniej jedną trzecią wartości. Nie bez przyczyny bowiem Leone swoją twórczością ukuł tezę, iż Zachód zbudowano przez przemoc i nieskomplikowanych ludzi.
Zwiastun



2. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (1968)
Sergio Leone dokonał rzeczy strasznej. Już w 1968 roku podsumował cały gatunek i to, że potem jeszcze powstawały jakieś westerny może wynikać jedynie z faktu, że przez długi czas ten „spaghetti western” zrealizowany przez Włocha w Hiszpanii (z jednym tylko operatorskim wypadem do kanonicznej Doliny Śmierci) nie był odpowiednio doceniony. Ale dziś już widać, że „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” jest jednocześnie hołdem i i podsumowaniem gatunku, jednocześnie zapisem czasu chwały rewolwerowców, jak i opowieścią o ich nieuniknionym zmierzchu. Pierwszy z nigdy nie nakręconej trylogii amerykańskiej (powstała tylko jeszcze druga część, gangsterskie „Dawno temu w Ameryce”) jest zaskakującą odmianą stylu Leone – pełna gwałtownych pojedynków i strzelanin „trylogia Bezimiennego” zostaje zastąpiona przez wysmakowaną „operę przemocy” pełną niesamowitych konteplacyjnych scen, jak choćby początkowa scena oczekiwania trzech rewolwerowców na przyjazd pociągiem Mężczyzny z Harmonijką (jak wiadomo, Leone chciał bardziej bezpośrednio rozstać się ze swoimi wcześniejszymi bohaterami, obsadzając w tych rolach Wallacha, van Cleefa i Eastwooda – Clint, brzydko, że się nie zgodziłeś), na dodatek obdarzony jednym z najpiękniejszych soundtracków Ennio Morricone. W warstwie fabularnej to klasyczna opowieść o zemście (kolejny majstersztyk Leone – w roli zimnookiego zabójcy amerykański idol Henry Fonda), ale liczy się inna opowieść – o symbolizowanej przez budowę nowej linii kolejowej cywilizacji wkraczającej na Dziki Zachód, o nieuniknionym końcu romantycznych czasów mścicieli i rewolwerowców. Nieprzypadkowo przecież przepiękny finałowy pojedynek Bronsona i Fondy (jedna z najwspanialszych scen w historii kina) toczy się gdzieś na uboczu, zupełnie bez zainteresowania ze strony dziesiątek pracujących w pocie czoła robotników. To do nich należy przyszłość. Dla ludzi takich jak Harmonijka, Czejen, czy Frank nie będzie już miejsca.
Zwiastun



1. Bez przebaczenia (1992)
„Bez przebaczenia“ jako najlepszy western w historii? Pewnie można by dyskutować. Proponuję inną tezę: „Bez przebaczenia“ to najważniejszy western w historii i dlatego wygrał ranking „Esensji“. Tak jakbyśmy gdzieś podskórnie czuli, że ten film podsumowuje sto lat istnienia gatunku. Podsumowuje i jednocześnie zamyka ten rozdział kina.

Czy jest sens pisać „zamyka“ o kinie – dyscyplinie, która żyje? Przecież film Eastwooda nie był ostatnim nakręconym westernem, nie był też ostatnim kasowym sukcesem westernu czy ostatnim westernem, który wbił się w popkulturową pamięć wspólną (że wspomnę choćby 10 nominacji do Oscara dla „Prawdziwego męstwa“ Coenów). To wszystko prawda, western dalej sobie żyje i zarabia. Ale „Bez przebaczenia“ kończy w definitywny sposób rozwój klasycznej formy gatunku, przynajmniej dla mnie.

Wiem, jak to brzmi. I nie wyobrażam sobie powiedzieć tego samego o jakieś komedii, kryminale czy horrorze. Ale kiedy mówię to o westernie, nie razi mnie słowo „kończy“ z zupełnie oczywistego powodu: to najbardziej spetryfikowany gatunek, jeden z najprościej zdefiniowanych i najłatwiej rozpoznawalnych. Jego kluczowe cechy gatunkowe każdy jest w stanie wymienić jednym tchem. Garść typowych fabuł także. Charakterystykę bohaterów też. Były oczywiście dziesiątki westernów rewizjonistycznych, przeczących wszystkim naszym przyzwyczajeniom i popychających rozwój gatunku do przodu. Ale to Eastwood nakręcił film, który wywołuje we mnie wrażenie, że autor dopchnął gatunek do ściany końcowej. Że raz, a dobrze zebrał na nowo szereg kluczowych elementów gatunku, przerobił je i wycisnął do ostatniej kropli.
„Bez przebaczenia“ podsumowuje listę kluczowych cech gatunku, obnaża ich sztuczność, odziera opowieść z konwencji, porzuca w błocie i nie odjeżdża w dal na tle zachodu słońca, tylko znika bohatera (to ostatnie ujęcie filmu). Nie ma już bohatera, nie ma antybohatera, nie ma romantycznych mitów Zachodu, nie ma sensu wymierzanie sprawiedliwości, nie ma sensu zemsta, nie ma sensu zabijanie w jakimkolwiek celu itd. Nie ma też oczywiście ani katharsis, ani wrażenia, że historia może toczyć się dalej. Jeśli nie mają sensu klasyczne zasady westernu, to nie ma też sensu przeczenie im w antywesternie. Schyłek tego świata, koniec starego rewolwerowca i rezygnacja młodego chłopaka z pójścia jego drogą są dla mnie symbolicznym zakończeniem gatunku. Tym ważniejszym, że wyszło spod ręki jednego z jego największych (anty)bohaterów.

Ciekawe, że nie czułem tego jeszcze tak wyraźnie, kiedy oglądałem film pierwszy raz w kinie, dwadzieścia lat temu. Wtedy wydawało mi się, że Eastwood podsumowuje przede wszystkim swoją własną drogę. Ale o dziwo, z dzisiejszej perspektywy widzę, że po „Bez przebaczenia“ z grubsza straciłem zainteresowanie gatunkiem, a w każdym razie przestałem zadawać sobie pytanie, dokąd western może jeszcze pogalopować. Świetne było „Prawdziwe męstwo“ Coenów, dobre „Bezprawie“ Costnera, „Propozycja“ Hillcoata czy ostatnio „Meek’s Cutoff“ Reihardt. Ale po ich seansach czuję, że to Eastwood poprowadził mnie korytarzem do ściany – inni raczej cofnęli się i zaglądają gdzieś w boczne drzwi w tym korytarzu. Nie powiem, że chłoszczą martwego konia, ale dalej niż Eastwood nie jadą.
Zwiastun


Poprzednie Części:
Część Pierwsza (50-41)
Część Druga (40-31)
Część Trzecia (30-21)
Część Czwarta (20-11)

You Might Also Like

0 komentarze