Wywiady (odc.6)

7/15/2014



Po krótkiej przerwie nadszedł czas na kolejny odcinek, dzisiaj wywiad z Aaronem Paulem którego znamy głównie z kultowego serialu "Breaking Bad" wcielającego się w postać Jessego Pinkmana oraz jedną z najlepszych hiszpańskich aktorek Hollywood Penélope Cruz. Zapraszam do czytania!!





Aaron Paul
Jak to się stało, że dostał Pan rolę w tym filmie? Czy kryje się za tym jakaś ciekawa historia?
 Aaron Paul: Właściwie propozycja zagrania w "Nauce spadania" pojawiła się zupełnie znienacka, w trakcie przerwy w zdjęciach do "Breaking Bad". Do ekipy dołączyłem ostatni. Myślę, że ktoś przede mną został już zatrudniony, ale współpraca nie wyszła. Dzięki temu rolę zaproponowano mnie, co mnie bardzo ucieszyło. Uwielbiam prozę Nicka Hornby'ego, ale muszę przyznać, że nie czytałem wcześniej książki ("Długa droga w dół"), na podstawie której powstał film. Po przeczytaniu scenariusza, uznałem, że jest nadzwyczajny. Pokochałem wszystkich bohaterów opowieści: spodobało mi się to, jak bardzo byli zagubieni, w jak nietypowym miejscu się odnaleźli, a także to jak ostatecznie udało im się ocalić się wzajemnie. Wszystko w tej historii wydało mi się prawdziwie wspaniałe

Czy naprawdę kręciliście na szczycie drapacza chmur?
 
Wszystkie sceny filmu, które działy się na ostatnim piętrze wieżowca nagraliśmy na scenie teatralnej. Niemniej, w trakcie zdjęć zabrali nas na szczyt tego budynku. Weszliśmy tam wszyscy razem. To był bardzo wyciszający i pełen refleksji moment dla wszystkich. W zamyśleniu każde z nas próbowało odnaleźć się w przeżywanej sytuacji. Takie doświadczenie tworzy subiektywną perspektywę dla opowiadanej historii. Przez moment, stojąc na tym dachu i spoglądając na to, co na dole, stałem się odgrywanym przez siebie bohaterem. Towarzyszyły temu wszystkiemu bardzo silne emocje. Aktorzy to wariaci.

Skąd ta myśl?

 Trzeba być trochę szurniętym, żeby codziennie w pracy udawać kogoś, kim się nie jest. Dotarło to do mnie tuż przed pierwszym klapsem, już na planie. Od dawna czułem, że postać J.J. jest dla mnie bardzo ważna. W trakcie pracy nad filmem wiele myślałem o tym, jak to się stało, że J.J. znalazł się tam, na dachu. Z innymi sprawa wydaje się znacznie prostsza. Martin jest w swoim życiu poniżany i zwyczajnie nie może tego przeżyć. Czuje wstyd. Maureen jest już mocno sfrustrowana bezskutecznymi próbami odnalezienia sensu w życiu jej syna. Wspaniała rola! Z kolei Jess ma złamane serce. To wyjaśnia sprawę.
Inaczej jest z J.J. Tragedia, którą przeżywa mój bohater, nierozerwalnie wiąże się z faktem niemożności poradzenia sobie w sytuacji, w której on sam dla siebie staje się nieznośny. Trudno jest mu żyć samemu ze sobą. Wydaje mi się, że jest to najbardziej bolesna z sytuacji. J.J. nie czuje, że ma, po co żyć. Stąd uczucie, które towarzyszyło mi na dachu wieżowca. Wszedłem tam i po prostu byłem.

Czy można by powiedzieć, że to jest właśnie to, co poruszyło cię najbardziej w postaci J.J.?
 
Dokładnie tak! W przeżyciach innych bohaterów można bez trudu odnaleźć powody, dla których stoją nad przepaścią. J.J. natomiast jest po prostu sobą. On nie wie dlaczego. Zwyczajnie nie umie sobie poradzić ze swoimi problemami.
Czy aktorzy skłonni są myśleć podobnie? Zdarza ci się tak czuć?

 Nie, czuję się wspaniale! Spotykałem się z aktorkami i nie powiedziałbym, że wszyscy aktorzy czy aktorki to wariaci. Nie są... może poza tymi aktorkami, z którymi się umawiałem. (śmiech)

Często zdarza ci się odgrywać postaci emocjonalne. Czy te role korespondują z Pana osobowością?
 
Wydaje mi się, że tak. Wiem na pewno o tym, że jestem w kontakcie z własnymi uczuciami. Z jakiegoś powodu blisko mi do postaci skrzywdzonych. Nie jestem pewien dlaczego. Może dlatego, że są niezwykle intrygujące. Zawsze, kiedy odkrywam, że życie mojego bohatera jest złożone, wtedy wiem, że prawdziwie gram, odczuwam emocje. Wtedy praca staje się niezwykle interesująca.

Jednocześnie jestem bardzo zadowolony z życia, szczęśliwy i szaleńczo zakochany. Ożeniłem się niespełna rok temu. Moja żona to najbardziej życzliwa osoba, jaką kiedykolwiek poznałem. Stoi na czele charytatywnej fundacji Kind Campaign. Nie jest też aktorką (śmiech). Jestem szczęściarzem!

Wspomniał Pan, że żona studiowała w szkole filmowej...

 Owszem, studiowała film w Pepperdine. Wyreżyserowała dokument, pt. "Finding Kind". Udało jej się przekonać Toma Shadyaka, by sfinansował produkcję. "Finding Kind" pokazywany jest dzień w, dzień w szkołach w całych Stanach i Kanadzie. Ostatnio wyświetlony został także w Irlandii, więc myślę, że przyjdzie niedługo czas i na inne państwa.
Myślisz, że któregoś dnia zagrasz w filmie reżyserowanym przez własną żonę?
 
Mam nadzieję! To byłoby naprawdę wspaniałe.

Kiedy zdecydowałeś się przeprowadzić do Los Angeles?
 
Miałem 17 lat. Oszczędzałem pieniądze około czterech lat. Trzymałem je w słoiku, który leżał tuż przy moim łóżku. Nie mieliśmy zbyt wiele pieniędzy, kiedy dorastałem. Wiedziałem, że muszę się zająć tą sprawą sam. Moi rodzice nie mogli mi pomóc. Zacząłem pracować już w ósmej klasie – roznosiłem ulotki. Był nawet taki moment, w którym byłem zatrudniony równocześnie w pięciu różnych miejscach.

W szkole pasjami zajmowałem się teatrem. Nie miałem dziewczyny i nigdy nie chodziłem na żadne imprezy. Pierwsze piwo wypiłem dopiero po dwóch latach mieszkania w Los Angeles – miałem już 19 lat! Byłem niezwykle skoncentrowany na tym, co miałem do zrobienia. Do szkoły chodziłem o godzinę wcześniej, na dodatkowe zajęcia. Po szkole miałem zajęcia teatralne, a po nich szedłem do pracy w Pizzy Hut każdego wieczoru przez cały tydzień. Kiedy wracałem do domu, robiłem zadania domowe. Ostatecznie ukończyłem szkołę o rok wcześniej niż inni, spakowałem rzeczy do samochodu i się wyprowadziłem.


Czy rodzice martwili się o ciebie?

 Jestem pewien, że tak. Mimo że widzieli, jak skrzętnie oszczędzam każdy grosz od ósmej klasy. Kiedy poszedłem do liceum, zapytałem ich: "czy jeśli uda mi się ukończyć szkołę wcześniej, mogę się wyprowadzić?" Odparli na to, że "oczywiście, jeśli będę miał dobre stopnie i będę chciał tak zrobić". Myślę, że nie wzięli wtedy tego na poważnie. Dzieci wiele mówią – mają marzenia, o których z czasem zapominają. Martwili się, ale bardzo mnie wspierali w moich wyborach.

Nie bałeś się tak samemu zamieszkać w Los Angeles?

 Mówiąc szczerze, nie bardzo. Wprowadziłem się na róg Laurel Canyon i Burbank. Podczas naszej przeprowadzki, niebo zaroiło się od helikopterów, bo w niedalekim sąsiedztwie obrabiano właśnie ogromny gmach Bank of America. Moja mama była przerażona, że zostawia swojego 17-letniego synka w tak ponurym i zwariowanym mieście. Mimo to tak właśnie zrobiła. Zostawiła mnie tam. I dobrze.

Kiedy pojawiła się w tobie chęć zostania aktorem?

 Mój ojciec był pastorem Południowej Konwencji Baptystów. Dzięki temu już, jako mały chłopiec, grałem w wielu przedstawieniach kościelnych. Kochałem to!

Czy na początku pracy przy serialu "Breaking Bad", spodziewałeś się, co przyniesie najbliższa przyszłość? Czy można było przewidzieć tak wielki międzynarodowy sukces?
 
W ogóle! Kiedy po raz pierwszy przeczytałem scenariusz, byłem pewien, że jest to najwybitniejszy scenariusz, jaki czytałem. Już na pierwszej stronie można było przeczytać: "Spodnie suszą się w skwarze pustynnego słońca. R.V. przejeżdża, przewraca suszące się spodnie. Facet w swoim białym kostiumie, w masce gazowej na twarzy, pocąc się, kieruje auto wprost na pustynię. Obok niego siedzi ledwo żywy mężczyzna, również w masce gazowej. Dwa trupy leżą z tyłu."

To robi wrażenie. Jednak była to historia nauczyciela z liceum, który dowiaduje się, że umiera na raka. Postanawia więc produkować i sprzedawać kryształową metaamfetaminę, żeby móc zapewnić byt swojej rodzinie, kiedy odejdzie. Pomyślałem od razu, że nikt nie sfinansuje takiej produkcji. To jest zbyt zwariowana historia. Dlatego też wszyscy kolejno odmawiali. "Dlaczego miałbym puścić coś takiego w mojej stacji? To szaleństwo."

Na szczęście AMC wraz z Sony miały odwagę spróbować. Może właśnie dlatego, że wszyscy inni mówili "nie". Gdy po raz pierwszy mogliśmy obejrzeć to, co zostało wyprodukowane, wiedzieliśmy, że jesteśmy częścią czegoś wyjątkowego. Czuliśmy, że "to było to"
.

Czy ma Pan już w planach kolejne projekty?

 Planuję zagrać w kolejnym serialu. Wraz z kilkoma innymi osobami przedstawiliśmy projekt w Netfixie. Stworzyliśmy 10-minutowy krótki pilot serialu z prezentacją. Postanowili, że zaryzykują. To kreskówka, która jest niestosowna na każdym poziomie, na swój zabawny sposób. Projekt nazywa się "BoJack Horseman". Will Arnett zagrał BoJacka, a ja wcielam się w postać Todda, jego gościa, który nigdy nie opuszcza domu swojego gospodarza. BoJack to koń, który był bohaterem popularnego w latach dziewięćdziesiątych sitcomu o nazwie "Horsing Around". Teraz próbuje w makiawieliczny sposób rozwijać swoją karierę zawodową na nowo, ale ma najbardziej niewyparzony język na całym świecie. Do tego jest uzależniony od środków uspokajających dla koni i jest alkoholikiem. To naprawdę wspaniały projekt. Z pewnością go pokochacie.

Czy myśli Pan, że dostanie Pan rolę w kontynuacji "Breaking Bad" – w serial "Better Call Saul"?
Chciałbym być częścią tego projektu, jeśli zostanę do niego zaproszony. Byłoby zabawnie wskoczyć raz jeszcze w skórę Jesse'go Pinkmana – przeżyć kilka prostszych i mniej poważnych dni z jego życia. Zobaczymy. Poza tym mam zamiar wziąć udział w kilku innych projektach po Berlinie. Staram się wykorzystać ten pracowity czas.


Czy trudno o taki czas w Hollywood?

  Muszę przyznać, że łatwo nie było. Teraz mam poczucie, że mam swoje pięć minut.
 Źródło



Penélope Cruz
Mówi pani, że jest osobą niezwykle nieśmiałą. Przyznam, że na ekranie wydaje się pani dużo pewniejsza siebie i zrelaksowana niż w kontakcie bezpośrednim… 
Nigdy nie jestem zrelaksowana! Nigdy, może poza chwilami, kiedy śpię. Na szczęście zawsze potrzebowałam dużo snu… Rozluźniam się także w towarzystwie mojej rodziny. A poza tym zawsze się kontroluję.

To musi być trudne, jeśli nie chce się popaść w nerwicę.
 

Samokontrola jest niezbędna w życiu, tylko tak można się chronić.

Trzeba się stale chronić?
 

Wolę to od totalnego ekstrawertyzmu, który doprowadza mnie do furii. Nie można przecież zupełnie bezkarnie zwierzać się ze swojego życia pierwszemu napotkanemu na ulicy człowiekowi!

Skoro opanowała pani samokontrolę, rozumiem, że trema nie dokucza?
 

Wprost przeciwnie, i na tym polega moja siła. Jeśli przestanę bać się nowych zadań, będzie to znak, że wpadłam w rutynę i że czas zmienić zawód. Prawdziwy aktor drży przed każdym klapsem. Poczucie bezpieczeństwa jest w naszym fachu prawdziwym niebezpieczeństwem. Jest pułapką.

Czy to ze strachu przed rutyną porzuciła pani taniec?

 Być może, już jako mała dziewczynka szukałam nowych wyzwań. W wieku 13 lat oświadczyłam mojej rodzinie, że zostanę aktorką. Chodziłam do gimnazjum, do szkoły baletowej i jednocześnie szukałam agenta. Z jednej agencji wyrzucono mnie za drzwi, więc wróciłam do niej po kilku dniach. Ta agencja właśnie reprezentuje mnie do dziś! Tak, byłam bardzo zdeterminowana, no i zbyt młoda, by zdawać sobie sprawę z rozmaitych zagrożeń związanych z wybranym przez siebie zajęciem. Pytania i niepokój przyszły z czasem – dziś wiem dużo więcej o życiu.

My też o pani życiu coś wiemy, choć strzegła pani swojej prywatności. Mimo to prasa przypisywała pani kolejne związki z partnerami filmowymi.
 

Mam kilku przyjaciół, którzy są dziennikarzami, ale nawet z nimi nie poruszam tych tematów.

Z Javierem Bardemem [obecny partner życiowy Penélope – przyp. red.] po raz pierwszy spotkała się pani w filmowym debiucie Bigasa Luny „Szynka, szynka”

Do czego zmierzamy?

Film ten ze względu na śmiałe sceny erotyczne wywołał w Hiszpanii skandal, a pani została okrzyknięta sekssymbolem. Czy to nie zbyt duże obciążenie dla tak młodej dziewczyny?

 Skandal nie był tak wielki, jak go opisywano. To prawda, że byłam wtedy bardzo młoda, miałam 16 lat. Nie przeżyłam jednak żadnej traumy, wręcz przeciwnie, jestem wciąż wdzięczna Lunie, że dał mi moją pierwszą szansę i chętnie bym znowu u niego zagrała.

A Bardem? Jakim jest człowiekiem i aktorem?
 

Będę mówić o nim tylko jako o aktorze, wie pani doskonale, z jakiego powodu! To ktoś obdarzony zdumiewającym talentem – jest świetny w każdej, nawet najbardziej nieprawdopodobnej roli. Jest szalenie precyzyjny, stąd poczucie lekkości towarzyszące jego ekranowym kreacjom. Javier po prostu wie, co robi, w każdej sekundzie prowadzenia postaci. Jest aktorem absolutnie niekonwencjonalnym, wymykającym się wszelkim stereotypom. Za każdym razem mnie zadziwia.

Przy „Vicky Cristina Barcelona” po raz pierwszy w karierze współpracowała pani z Woodym Allenem. To film zbliżający się klimatem do dzieł Almodóvara, którego muzą pozostaje pani od lat.
 

Zarówno Woody, jak i Pedro są geniuszami jedynymi w swoim rodzaju. Zbliża ich otwarcie na świat, wręcz obsesyjne dążenie do odkrywania mrocznych stron ludzkiej duszy i wielka miłość do aktorów. Obaj mówią o bardzo ważnych, często dramatycznych zjawiskach, ale zawsze z niesłychaną lekkością, ironią, humorem. Bardzo się szanują, chociaż prawie się nie znają. Woody jest moim mistrzem, Pedro – przyjacielem, bratem. Codziennie do siebie piszemy, gram w jego nowym filmie. Nawet mój amerykański dom jest pełen rzeczy Pedra.
 

Jak doszło do spotkania z Allenem? 
Mój agent umówił mnie z nim, nie ukrywając bynajmniej, że jestem jego wielbicielką. Kiedy moje spotkanie z reżyserem przeciągnęło się do trzech minut, był zaskoczony, ponieważ Woody jest znany ze swojego błyskawicznego tempa – na niektórych aktorów rzuca tylko okiem i wychodzi! Po kolejnych dwóch minutach wszyscy orzekli, że mam duże szanse na rolę – jak się okazało, mieli rację.

Akcja filmu Allena rozgrywa się w Barcelonie. Gra pani po hiszpańsku i angielsku. Widz może wyczuć ogromną przyjemność, jaką sprawiło pani zagranie roli Marii Eleny…

 Woody pozostawił nam całkowitą swobodę co do wyboru języka, jakim w danej chwili posługują się bohaterowie. Uwielbiam przeklinać po hiszpańsku, a ponieważ Maria Elena jest osobą obdarzoną niezwykle wybuchowym charakterem, mogłam wykorzystać tę moją słabość do celów zawodowych (śmiech). Na planie u Allena czułam się wolna, mogłam improwizować. Woody całkowicie nam zaufał, mogliśmy dowolnie zmieniać dialogi, sytuacje. To ktoś, kto doskonale zna swoich aktorów, więc wie, czego może się po nich spodziewać. Okres zdjęć był dla nas wszystkich jak lekki letni sen – to widać na ekranie.

 „Vicky…” jest kolejnym filmem Allena nakręconym w Europie. Dlaczego wybrał Barcelonę?
 

Podobno ze względu na swoją żonę i dzieci. Mówił mi, że szalenie podobał im się pomysł spędzenia letnich miesięcy na hiszpańskim wybrzeżu. Woody zna Barcelonę lepiej niż ja – urodziłam się i mieszkałam w Madrycie – i to on oprowadzał mnie po jej zaułkach, nie ja jego. Jedyną moją zasługą było zaciągnięcie go na rave party. Woody nienawidzi wielkich imprez, tłumów i głośnej muzyki, ale jakoś zniósł to doświadczenie. Tytułem podziękowania ofiarował mi swoje okulary – są moim największym skarbem, amuletem. Proszę tylko pomyśleć – Woody miał dwie pary okularów i jedną dał właśnie mnie!!!  Ten gest był dla mnie jak najwspanialsze wyznanie miłosne – zawsze uwielbiałam jego filmy, szczególnie te z wcześniejszego okresu twórczości. Jestem gotowa zagrać u niego, nawet nie czytając scenariusza.

Film Allena to opowieść o wyborach, jakich dokonujemy w życiu. Co wybrać: konformizm, hedonizm czy bunt?

Nie zadaję sobie tego typu pytań, po prostu żyję. Nie analizuję dokonywanych wyborów pod kątem określonych wzorców zachowań, nie oceniam samej siebie i staram się nie oceniać innych. Na pewno jednak cenię wolność, zawsze dusiłam się w kagańcu narzuconych odgórnie norm i zasad. Pod tym względem postać Marii Eleny jest mi bliska – ona jest może trochę zwariowana, ale na pewno nie jest zakłamana. Kiedy pracuję nad rolą, nie muszę identyfikować się z moją bohaterką, zgadzać się z nią czy jej kochać. Chodzi o to, żeby zrozumieć, kim jest, co czuje, co myśli. Jeśli nawet staje mi się w jakiś sposób bliska, nie oznacza to, że w życiu zachowywałabym się tak jak ona. Oczywiście zdarza się też, że podczas pracy nad rolą odkrywam w sobie cechy i reakcje, których istnienia nawet nie podejrzewałam, które zaskakują mnie samą, tak jakbym korzystała z pomocy psychoanalityka. Ale to już inna historia…


W „Vicky Cristina Barcelona” Woody Allen pokazuje trzy typy kobiet: kobietę racjonalną, romantyczną i namiętną pasjonatkę. Która z nich jest pani najbliższa?
 

Czy jakakolwiek kobieta mogłaby precyzyjnie określić samą siebie? Myślę, że każda z nas, poza małymi wyjątkami, jest tymi trzema kobietami naraz, w zależności od okoliczności i osób, z którymi się styka. Jesteśmy swojego rodzaju mutantkami i być może dlatego mężczyznom tak trudno jest nas zrozumieć.

Film Allena bawi, ale pozostawia po sobie gorzki ślad, zmusza do zadumy…

 To normalne, najbardziej dramatyczne sytuacje w życiu okazują się jednocześnie najbardziej komiczne. To dlatego komedie są najlepsze w momentach, kiedy bohaterowie cierpią – może wydawać się to okropne, ale c’est la vie!

Postać Marii Eleny w pani wykonaniu oscyluje na pograniczu histerii i szaleństwa…

 Maria Elena nie jest szalona – jest wrażliwa i twórcza, pełna życia, tyle że czuje otaczającą rzeczywistość każdym porem skóry. To jej nieszczęście. Gdyby jednak otaczały ją kochające, lojalne i akceptujące istoty, na pewno zachowywałaby się inaczej. Nie musiałaby wciąż walczyć, mogłaby poświęcić się malarstwu. We wczesnej młodości była przecież uważana za geniusza. Być może rzeczywiście nim była, została jednak zwampiryzowana przez mężczyznę, odarta z marzeń, pozbawiona możliwości rozwoju. Maria Elena ma w sobie coś z szalonego barwnego ptaka, ale kto wie, może to ona ma rację?

„Vicky Cristina Barcelona” obfituje w sceny erotyczne, słynny stał się już pocałunek między twoją bohaterką i Cristiną graną przez Scarlett Johansson. Cała światowa prasa zastanawiała się, jak doszło do nakręcenia tej
sceny…
 

Specjalnością dziennikarzy jest zajmowanie się tym, co nie ma najmniejszego znaczenia. Jestem aktorką, podobnie jak Scarlett, i po prostu zagrałyśmy scenę, która znajdowała się w scenariuszu. To detal, który nie czyni z filmu Woody’ego obrazu erotycznego. Poza tym tego dnia było tak mało światła w ciemni, w której kręciliśmy, że całe wydarzenie zupełnie nie zapisało się w mojej pamięci. Dopiero później dziennikarze pytali mnie, czy chciałabym uprawiać miłość z kobietą – przyzna pani, że to dość zaskakujące…

Co pani odpowiada w takich sytuacjach?

 Nie mówię nic albo żartuję, jak wszyscy. Początkowo niewygodne czy absurdalne pytania denerwowały mnie lub onieśmielały, ale z biegiem czasu stałam się specjalistką od odpowiedzi, które niczego nie wnoszą. Od prasowej nowomowy.

Aktorka pracuje ciałem. Czy niepokoi panią upływ czasu? Wyobraża sobie pani siebie za 10 czy 15 lat? Jako aktorkę, kobietę?
 

Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować wszystko, co chcę jeszcze zrobić. Jest tego bardzo dużo – w każdej sferze życia. Nie wyobrażam sobie siebie jako starej kobiety, ale przecież codziennie tworzymy przyszłość, każdy dzień jest spoglądaniem w to, czym staje się nasze życie.

Podobno podczas pracy nad filmem Woody’ego Allena zainteresowała się pani fotografią?

 To prawda, ale na razie jest to wyłącznie hobby, chociaż być może zajmę się nią kiedyś w sposób bardziej profesjonalny. Chciałabym osiągnąć ten etap, kiedy będę mogła wprowadzać w życie własne pomysły – stąd np. moja współpraca z odzieżową firmą Mango, dla której przygotowałyśmy z moją siostrą Monicą dwie kolekcje. Snuję też plany producenckie. Na razie mam jednak tyle pracy jako aktorka, że inne plany muszą poczekać.

A gdzie zechce pani osiąść na stałe? Od kilku lat dzieli pani swój czas między Europę i Amerykę. Rodzice mieszkają w Madrycie, w Hiszpanii ma pani przyjaciół, jest pani związana uczuciowo z tutejszym artystą.

 Moim prawdziwym domem pozostanie na zawsze Hiszpania i Madryt. Stany to miejsce, w którym pracuję. Jestem szczęśliwa, ponieważ spędzę w Hiszpanii następnych kilka miesięcy ze względu na film Pedro Almodóvara. To będzie jedna wielka fiesta!
Źródło

Poprzednie Odcinki:
Zobacz
Zobacz
Zobacz
Zobacz
Zobacz

You Might Also Like

0 komentarze