Wywiady (odc.8)

9/04/2014


W dzisiejszych wywiadach Benedictem Cumberbatchem którego znamy jako odtwórcę roli  serialowego Sherlocka oraz amerykańska aktorka Liv Tyler która rozmawiała między innymi o nowym serialu "Pozostawieni". Zapraszam do czytania




Benedict Cumberbatch

Lucy Allen: Masz za sobą fantastyczny rok. Równie wspaniałe role już czekają. Nie czujesz się przytłoczony pracą?
Benedict Cumberbatch: Przyznaję, że rzeczywiście miałem kłopot z powodu zbyt dużego wyboru ciekawych propozycji i, niestety, musiałem z wielu ról zrezygnować. Nigdy jednak nie poczułem się przytłoczony pracą, raczej byłem zdziwiony, że tak dużo gram.

Mój rekord: pięć ról z rzędu w mniej niż cztery miesiące. Zagrałem małe role u boku genialnych aktorów w filmach, które w regularnych odstępach wchodziły na ekrany kin, więc często słyszałem opinię: „Boże, przecież ty nie przestajesz pracować”.

Lucy Allen: To chyba słuszna opinia, bo nie tylko grasz w filmach, ale także, ku ogromnej radości fanów, wróciłeś na plan „Sherlocka”. Jakie znaczenie dla aktora Benedicta Cumberbatcha ma rola w tym serialu?
Benedict Cumberbatch: Najpierw muszę podziękować fanom, że mają ogromną cierpliwość i tak dużo mi już wybaczyli. Sobie tylko znanymi sposobami odkryli miejsce, gdzie miały być kręcone sceny, zjawili się tam i czekali, żeby choć przez chwilę porozmawiać czy zrobić wspólne zdjęcie. A ja? Przyszedłem spóźniony, więc zamiast poświęcić im trochę czasu, mogłem tylko powiedzieć: „Mam bardzo napięty harmonogram, ale wrócę i zobaczę się z wami później”. Musieli poczekać kolejne trzy godziny, ale mi wybaczyli. To naprawdę niezwykłe i wbija mnie w poczucie winy.

Myślę, że wiele z tych osób pojawiło się z powodu Sherlocka Holmesa, który stał się ikoną kultury. Z jednej strony to niesamowite, z drugiej trochę zniechęcające. Czuję nie tyle uciążliwą odpowiedzialność, ile świadomość, że powinienem być wdzięczny za okazane mi zaufanie, wsparcie i lojalność.

Sympatia fanów naprawdę dużo dla mnie znaczy, dlatego staram się dawać z siebie wszystko co najlepsze. Oczywiście wiem, że znajdą się i tacy, którym nie podoba się „mój” Sherlock. Przez lata przyzwyczaiłem się do różnicy zdań na temat swojego aktorstwa. Kiedyś próbowałem przekonywać wrogów do siebie, dziś już tego nie robię. To chyba dowód, że zmądrzałem (śmiech). A rola Sherlocka to marzenie wielu aktorów, moje też, więc miałem szczęście, bo się spełniło.

Lucy Allen: Serialowi zawdzięczasz status symbolu seksu, chociaż Twój bohater wydaje się niezainteresowany seksem.
Benedict Cumberbatch: Hmm, to rzeczywiście dziwne, szokujące i... okrutne. Nie mam wątpliwości, że Sherlock podporządkował wszystkie swoje potrzeby, w tym również te seksualne, pracy. Sugestię, że nie ma żadnego doświadczenia w sprawach seksu, uważam za anatemę, przeciwieństwo wszystkiego, w co się wierzy. Fanom widocznie to nie przeszkadzało albo chcieli mnie pocieszyć i tak długo powtarzali, że jestem seksowny, aż sami w to uwierzyli. Mnie trudniej przekonać, bo z natury jestem niedowiarkiem.

Lucy Allen: Twoi rodzice też zagrali w „Sherlocku”. Jak do tego doszło?
Benedict Cumberbatch: Oboje są aktorami, mogą się pochwalić bogatym dorobkiem teatralno-filmowym i akurat mieli czas, gdy producenci serialu zgłosili się do nich z propozycją, by zagrali rodziców Sherlocka. Śmiem twierdzić, że nikt nie zrobiłby tego lepiej. Co prawda, gdy pierwszy raz pojawili się na planie, byli naprawdę zdenerwowani, ale zrobiłem wszystko, by ich uspokoić. Później mogłem już tylko podziwiać, jak wchodzą w role i budują relację z ekranowym synem. To było zadziwiająco cudowne doświadczenie. W przyszłości będę pokazywał te odcinki swoim wnukom (śmiech).

Lucy Allen: Nieuniknione wydawało się to, że skoro Twoi rodzice są aktorami, Ty też nim będziesz. Zawsze chciałeś iść w ich ślady?
Benedict Cumberbatch: Wcale nie chciałem. Bardzo się starałem, chociaż trwało to krótko, nie zostać aktorem. Chciałem być adwokatem, bronić w sprawach kryminalnych. Szybko uświadomiłem sobie, jak ciężko musiałbym pracować, jak mało w zamian otrzymałbym, jak często byłbym skazany za wędrówkę między kancelariami prawniczymi i nie wiedziałbym, kiedy będę miał następny urlop. Poznałem wielu prawników i obrońców, którzy powtarzali mi: „Zawróć z tej drogi, kiedy jeszcze możesz”. Pomyślałem, że chyba wiedzą, co mówią, i zmieniłem plany.

Lucy Allen: Jak zareagowali rodzice, gdy usłyszeli, że chcesz zostać aktorem? Byli podekscytowani?
Benedict Cumberbatch: Nie. Bardzo ciężko pracowali, żeby umożliwić mi zdobycie wykształcenia, które pozwoliłoby mi zostać kimś innym niż aktorem. Im udało się zrobić kariery, ale dla mnie chcieli czegoś lepszego. Doskonale znali blaski i cienie zawodu, widzieli jego niebezpieczeństwa i nie chcieli, żebym cierpiał.

Jakoś jednak udało mi się ich przekonać, że aktorstwo to moje przeznaczenie. Pożyczyli mi pieniądze na opłacenie studiów w szkole aktorskiej. Gdy dostałem pierwszą wypłatę, zwróciłem im pożyczkę, a dzięki temu poczułem się niesamowicie dumny. Długi trzeba spłacać i ja zawsze to robię. To jedna z wielu mądrych rad, których udzielili mi rodzice.

Lucy Allen: Czy kiedykolwiek myślałeś o rzuceniu aktorstwa?
Benedict Cumberbatch: Myślałem. O, widzę, że jesteś zaskoczona.

Lucy Allen: Bo jestem. Kiedy?
Benedict Cumberbatch: Zaraz po ukończeniu college’u. Trwało to sześć miesięcy, podczas których nie potrafiłem uciec od wciąż powracającej myśli: „Nie masz talentu, zbłaźnisz się”. Użalałem się nad sobą, zwątpiłem w swoje możliwości i naprawdę niewiele brakowało, bym rzucił aktorstwo. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim uwierzyłem, że coś umiem, że nie jestem beztalenciem.

Lucy Allen: Czy rodzice udzielali Ci mądrych zawodowych rad?
Benedict Cumberbatch: Otrzymałem od nich wiele życiowych rad, ale w kwestiach zawodowych ograniczali się tylko do sugestii, na co warto zwrócić uwagę. Wyszli z bardzo słusznego założenia, że skoro sam zdecydowałem się na bycie aktorem, sam też muszę wypracować sobie pozycję w tym zawodzie.

Lucy Allen: Najlepsza rada, jaką kiedykolwiek otrzymałeś w życiu?
Benedict Cumberbatch: Było ich tak dużo, że trudno mi wybrać tę najlepszą. Muszę się zastanowić... OK, już wiem. Nie spędzaj zbyt dużo czasu z dziennikarzami uzbrojonymi w dyktafony (śmiech). To naprawdę mądra rada. I jeszcze jedna. Nigdy nie zamawiaj w restauracji łososia (śmiech).

Lucy Allen: No dobrze, to teraz już poważnie. Czujesz presję, grając najbardziej inteligentnego człowieka na ziemi?
Benedict Cumberbatch: Sherlock jest uważany za najinteligentniejszego człowieka na ziemi? Ja raczej sądzę, że on sam tak o sobie myśli, co wcale nie musi być prawdą. Presja? Nie czuję jej, bo pracuję z grupą najbardziej inteligentnych scenarzystów na świecie, a to, co widzisz na ekranie, jest papugowaniem błyskotliwości ich i Doyle’a. Inteligencja to bardzo interesująca cecha, może przyjmować wiele form.

Lucy Allen: Wróćmy do tematu: fani. Kiedy pierwszy raz poczułeś, że popularność ingeruje w Twoje życie prywatne?
Benedict Cumberbatch: Najpierw muszę coś wytłumaczyć. Nadal korzystam z publicznego transportu. Po Londynie często jeżdżę motocyklem, a kask zapewnia mi anonimowość. Sam robię zakupy, nie wysyłam po nie służby. I na pewno w domu nie siedzę na szczycie wysokiej wieży z kości słoniowej z pistoletami wymierzonymi w ulicę. Wracając do pytania, pierwszy raz zauważyłem, że stało się coś dziwnego, gdy wszedłem do Sainsbury’s (sieć hipermarketów w Wielkiej Brytanii – przyp. red.), zapytałem o kurczaka, ale nie usłyszałem odpowiedzi, bo młody człowiek, którego zapytałem, stał z otwartymi ustami i patrzył na mnie.

Powtórzyłem pytanie, bez efektu. Pomyślałem, że znajdę kogoś innego, kto udzieli mi odpowiedzi. Ruszyłem, a milczący młody człowiek za mną, wciąż się gapiąc. Zapytałem więc po raz trzeci, gdzie są kurczaki, i nastąpił cud. Młodzieniec wskazał ręką kierunek i wydukał: „Jesteś z telewizji, prawda?”. Odpowiedziałem, że jestem aktorem. Wtedy ów młody człowiek zaczął biegać po sklepie, krzycząc: „O mój Boże, on jest aktorem!”.

Przez pół godziny nie dostałem kurczaka, bo prowadziłem rozmowę z chłopakiem i jego przyjaciółmi. Później jeszcze musieliśmy zrobić wspólne zdjęcia, a ja stawałem się coraz głodniejszy. Właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałem sobie: „Jezu, robię rzeczy, które oglądają inni ludzie”. Prawie równocześnie podjąłem decyzję, że zrobię wszystko, by nie podporządkować życia popularności. Za bardzo cenię sobie prywatność, spokój i wolność, dzięki której mogę samodzielnie wyrażać swoje myśli, bez uczucia skrępowania.

Lucy Allen: Nie myślisz o przeprowadzce z Londynu do Hollywood?
Benedict Cumberbatch: Wcale. Moim wzorem jest James McAvoy. To tak genialny aktor, że praca sama do niego przychodzi. Leci do Stanów tylko wtedy, gdy wymaga tego rola, ale nie zamierza tam mieszkać i analizować swoich wyborów, czekając przy basenie na scenariusze. Myślę, że jeśli już zdecydujesz się na przeprowadzkę, zostaniesz tam, a ja nigdy nie chciałem mieszkać w Hollywood. Natomiast zawsze chciałem być na tyle wolny, by podróżować tam, gdzie jest praca, ale wracać do Londynu, bo tu mieszkają moja rodzina i przyjaciele.

Lucy Allen: Jak spędzasz przerwy pomiędzy kolejnymi zawodowymi wyzwaniami?
Benedict Cumberbatch: Coraz bardziej doceniam radość spokojnych chwil, które mogę dzielić z najbliższymi lub z ciekawą książką. To coś, czego bardzo pragnę, więc o każdej przerwie natychmiast informuję rodzinę i przyjaciół. Oni doskonale wiedzą, jak bardzo potrzebuję tych naszych spotkań w kuchni i długich rozmów przy kieliszku dobrego wina. Wspomniałeś o winie. Podobno jesteś znawcą tego trunku.

No cóż, wino to jedna z tych przyjemności, na którą lubię wydać trochę pieniędzy. Szczególnie gdy zapraszam przyjaciół. Wtedy zamiast 15 funtów za butelkę płacę 40-50 funtów. Nie robię jednak tego, by potem mówić: „Hej, patrzcie na moje naprawdę drogie wino”, ale dla samej przyjemności dzielenia się z innymi ludźmi czymś dobrym. Dodam też, że nie jestem i nigdy nie byłem samotnym pijakiem.

Tylko raz zdarzyło mi się wypić więcej niż lampkę wina, żeby nie zostawiać go w butelce. Następnego dnia ciężko to odchorowałem i już nigdy więcej nie powtórzyłem tego doświadczenia. No, i na pewno nie uważam się za znawcę wina, raczej za początkującego adepta sztuki degustacji bardzo szlachetnego trunku (śmiech).

Źródło




Liv Tyler

Co skłoniło cię, by dołączyć do obsady "Pozostawionych" i wcielić się w postać Meg?
Liv Tyler: Od kilku lat bardzo interesuję się produkcjami telewizyjnymi i chyba podświadomie chciałam zagrać w jakimś serialu. Zdjęcia do "Pozostawionych" były realizowane w Nowym Jorku, gdzie mieszkam z moim synem, więc bardzo spodobał mi się pomysł pracy na planie w moim mieście.

Książkę przeczytałam dopiero później, ale pomimo że Meg pojawia się w zaledwie dwóch scenach pierwszego odcinka, było w tej postaci coś, co mnie urzekło. To zdarza mi się bardzo rzadko - wcześniej byłam tak zafascynowana tylko dwiema rolami. Zawsze mówię, że to uczucie podobne do zakochania - nie umiem tego wyjaśnić, bo wszystko dzieje się nagle.

Bardzo podoba mi się także pomysł, na którym oparty jest serial - dochodzi do tajemniczego wydarzenia, ale nie na nim się skupiamy. Na pierwszym planie są ludzi i ich droga przez cierpienie, jakie przeżywają po zniknięciu swoich bliskich. Bardzo lubię historie o losach grupy osób, wątki, których siłą jest charakter poszczególnych bohaterów. Był to kolejny powód, dla którego zainteresowałam się serialem.

Czy praca na planie serialu różni się czymś od pracy na planie produkcji filmowej?
To kompletnie inne światy. Filmy są realizowane na podstawie scenariuszy, które wyznaczają początek, rozwinięcie i koniec fabuły. Każdy aktor wie, jak potoczą się dalsze losy jego bohatera. Jest ustalony harmonogram zdjęć, wszystko jest z góry określone - wiadomo, że we wtorek za trzy tygodnie będę miała wolne. W telewizji nigdy nie wiadomo, kiedy będziemy pracować i czasem zdarza się, że czekamy aż pięć miesięcy na kolejny klaps.

Był taki moment, kiedy miałam problem z wczuciem się w moją rolę i zaangażowaniem się w pracę. Musiałam poczuć się pewnie, nie kontrolując sytuacji, oswoić nieznane. Kiedy buduję rolę, zdaję się na swój instynkt, co pozwala mi się wczuć w emocje granej postaci. Dzięki temu nie muszę prosić nikogo o zdanie.

W jednej ze scen pierwszego odcinka twoja bohaterka uderza postać graną przez Amy Brenneman. Jesteś bardzo delikatną osobę i trudno jest mi wyobrazić sobie, że uciekasz się do przemocy - jak wspominasz pracę nad tą sceną?
To było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo prywatnie bardzo rzadko wpadam w gniew. Nie jest mnie łatwo wyprowadzić z równowagi. Na początku byłam przerażona. Nie wiedziałam, co zrobię ani co może się potem wydarzyć, bo emocji nie można przećwiczyć - musiałam doprowadzić się do takiego stanu i przed kamerą dać upust swoim emocjom. Podejrzewam, że skrywam w sobie głęboko ukryte podkłady wściekłości, która jest uśpiona jak smok głęboko w pieczarze, z czego nie zdawałam sobie wcześniej sprawy. W jakiś sposób udało mi się wejść w ten stan.

Losy książkowej Meg nie pokrywają się całkowicie z tym, co zobaczymy na ekranie. Czy czytając książkę, martwiłaś się o swoją bohaterkę?
O tak, martwiłam się o nią przez cały czas. Kiedy wszystkie role zostały obsadzone, Damon oświadczył aktorom, włącznie z Justinem, że nie podjęto decyzji w sprawie dalszych losów naszych bohaterów, co stało się dla nas dodatkową motywacją. Na planie dajemy z siebie wszystko, bo nie wiemy co stanie się z granymi przez nas postaciami.

Meg i pozostali członkowie Winnych Pozostałych wyglądają dość specyficznie. Czy nie obawiałaś się wystąpić przed kamerą bez makijażu?
To nie podlegało negocjacjom. Pierwszego dnia mój makijażysta był trochę zaskoczony i nieco zaniepokojony - każdy z aktorów otrzymał bardzo szczegółowe wskazówki, a ja miałam pojawić się na planie bez grama makijażu. Na początku, zaczęłam trochę oponować i powiedziałam, że jeśli on mnie nie umaluje, to pójdę do swojej przyczepy i sama to zrobię. Można przecież zrobić niewidoczny makijaż, który tuszuje to, co trzeba. Nie chciałam się upiększać - chodziło mi jedynie o to, że bez makijażu rzeczywistość staje się zbyt realistyczna. To wszystko, co chcielibyśmy ukryć staje się widoczne. Przypominam też, że moja bohaterka wygląda zupełnie inaczej w pierwszym i w kolejnych odcinkach.

A jak poradziłaś sobie z paleniem - wszyscy członkowie grupy Winnych Pozostałych praktycznie odpalają papierosa od papierosa?
Prywatnie palę Parliamenty. Nie wiem, co zawierają ziołowe papierosy, które dostajemy na planie, ale to „coś” zdecydowanie mi nie służy, o czym dwukrotnie się przekonałam. Podczas pracy na planie filmu Super musiałam wypalić wagon tego czegoś, a nie wiedziałam jeszcze, jak to na mnie działa. Nagle zemdlałam. Musiałam zejść z planu i przez kilka godzin dochodziłam do siebie.

Czy są chwile, kiedy brakuje ci takich megaprodukcji, jak Władca pierścieni?
Kiedy miałam 25 lat, wsiadałam do samolotu, leciałam do Nowej Zelandii, całkowicie poświęcałam się pracy i nie myślałam o niczym innym. Uczucia, które wtedy przeżywam można porównać do wyzwolenia, ale teraz mam inne sprawy na głowie. Muszę rano wstać i zaprowadzić Milo do szkoły, przygotować mu śniadanie, a potem pójść na plan, by kogoś tam pobić, zastanowić się, co przygotować na kolację i wrócić do domu. Moje obecne życie rządzi się innymi regułami. Jestem teraz dorosłą aktorką w pełnym znaczeniu tego słowa.

Pierwszą dużą rolę filmową zagrałaś w filmie "Ukryte pragnienia" - miałaś 18 lat, pracowałaś na planie we Włoszech. Jak wspominasz tamten okres?
To doświadczenie, z którym nic nie może się równać. Dzień przed wyjazdem na plan zdjęciowy zostałam oficjalnie absolwentką liceum. Tamtego lata skończyłam też 18 lat - z okazji moich urodzin upieczono prosię na farmie w Toskanii. Na dachu siedziały pawie, na stołach ustawiono misy z wiśniami, a ja chodziłam zawsze na bosaka. Czułam się jak w bajce.

Mieliśmy też sporo czasu, aby się wszystkim nacieszyć. Siadaliśmy razem, by pić herbatę i poplotkować. Nikt nas nie poganiał. Uroczyste kolacje odbywały się każdego dnia. Bernardo [Bertolucci] wiele mnie nauczył. Zapraszał mnie do siebie, prosił, bym przy nim usiadła, pokazywał mi nakręcony materiał na monitorze i tłumaczył - możesz być gwiazdą tego filmu, ale jesteś tylko jednym z wielu elementów obrazu na tym ujęciu. Nie ty jesteś w nim najważniejsza - ujęcie jest jak obraz, jak taniec.

Czy ten serial i debiut w produkcji telewizyjnej zwiastują nadejście nowego etapu w Twoim życiu?
Ten nowy etap już się zaczął - to w zasadzie nowy rozdział mojego życia. Czuję się szczęśliwa, bo mam wrażenie, że po raz kolejny wszystko zaczyna się od początku. Po raz pierwszy od wielu lat czuję się artystycznie spełniona. Pamiętam, że moja babcia powtarzała mi: najlepsze dopiero nadejdzie. Mówiąc te słowa, myślała o miłości, pracy i Milo, a ja odpowiadałam jej: Czy naprawdę tak będzie, Gigi? Jak to możliwe? Jakoś tego nie widzę. Ale teraz wiem, że babcia się nie myliła. Gram od ponad 20 lat, przechodziłam w życiu przez różne zwariowane etapy, różne momenty i chwile. Kiedy się pogubimy lub coś się zmienia, powinniśmy przede wszystkim pozostać sobą, być sobie wierni i iść za głosem serca.

Czy praca nad serialem Pozostawieni rozbudziła Twoje zawodowe ambicje? Czy chciałabyś częściej grać?
Wierzę, że żadna z moich ról nie jest dziełem przypadku. Jeśli coś jest mi pisane, to ja znajduję rolę albo rola znajduje mnie. Przez jakiś czas byłam zadowolona, że nie pracuję i jestem w domu - miałam ręce pełne roboty i nie marzyłam o innej.

Określiłabym siebie jako osobę o umiarkowanych, niewygórowanych ambicjach. Mam wiele celów i marzeń, ale wierzę, że w moim życiu wydarzy się wszystko, co jest mi pisane i nie mam na to wpływu. Życie wiele nas uczy także wtedy, gdy na coś czekamy.
Źródło


Poprzednie Odcinki:
Zobacz
Zobacz
Zobacz
Zobacz
Zobacz
Zobacz
Zobacz

You Might Also Like

0 komentarze